Spis treści, archiwum 09/2003

strona główna archiwum

nr
strony


  1. Gdynia pod żaglami - Milka Jung
  2. Polonijna BŁYSKAWICA wygrywa Chicago - Mackinac Race - Andrzej W. Piotrowski
  3. Archipelag Raid - Marek Słodownik
  4. Morskie regaty klasy 730 - Robert "Jabes" Janecki
  5. Wydarzenia - Zespół
  6. Bałtycki mini transat - Z Wociechem Kaliskim rozmawia Marek Słodownik
  7. Sukces to sukces - Z Piotrem Rudowskim rozmawia Marek Słodownik
  8. Listy
  9. Do "małego Dubrownika" - Igor Godlewski
  10. Krym pod strażą - ks. Dariusz Sańko
  11. Sundancer 525 - Tańczący w słońcu - Marta Wolska
  12. Zoom 8 - Paweł Wojna
  13. Rambler jak nowy - Piotr Szafranek
  14. Majster radzi - Paweł Wojna
  15. Patenty gadżety - Milka Jung, Paweł Wojna, Łukasz Dobrzyński
  16. Samochód dla żeglarza - Mitsubishi Pajero Pinin - Łukasz Dobrzyński
  17. Legenda sportu motorowodnego - Z Wiesławem Chybowskim rozmawia Łukasz Dobrzyński
  18. Piraci nadal łupią - Przemysław Chylaszek
  19. To powinna być niezła fota - Wiktor Sobolewski
  20. Węgorz wieczorową porą - Łukasz Dobrzyński
  21. Święto siedmiu mórz - Kamil Piotrowski
  22. Wielkie żaglowce w sieci - Milka Jung
  23. Recenzje - Milka Jung, Jacek Kijewski, Marek Słodownik, Łukasz Dobrzyński
  24. Dwie kobiety na Guziance - Felieton Jerzego Iwaszkiewicza

Wydarzenia

Gdynia pod żaglami
Cutty Sark Tall Ships Race 2003

Nigdy jeszcze w Gdyni nie było tyle ludzi i żaglowców. Odbywający się tu w lipcu zlot największych pływających pod żaglami jednostek tego świata przed startem do regat Cutty Sark przyciągnął nieprzebrane tłumy.

Rozmiar: 16652 bajtów
SIEDOW pod pełnymi żaglami na paradzie fot. Karina Marczak

Milka Jung

A było na co popatrzeć, i ci, co nie byli, mogą jedynie żałować. W trakcie weekendu 19-20 lipca przez port przewinęło się według ostrożnych szacunków pół miliona ludzi, co jak na dwustutysięczną mniej więcej Gdynię jest liczbą przytłaczającą. Skwerem Kościuszki trudno było przejść, także w poniedziałek i we wtorek. Stojące przy wszelkich możliwych nabrzeżach jachty duże, większe, największe i całkiem nieduże budziły zachwyt zarówno żeglarzy, jak i "cywilnych" wczasowiczów.
"Drobniejsze" jednostki biorące udział w regatach podziwiać można było w gdyńskiej marinie (Basenie Jachtowym), która dzięki nim w środku lata zapełniona była właściwie do ostatniego miejsca, a międzynarodowe towarzystwo tryskało humorem... Wywnioskować to można było już w sobotę, kiedy w okolicach południa ziewający młodzian z brytyjskiego jachtu wychynął na pokład z pytaniem: "So where is the party tonight?" (No to gdzie dzisiaj jest impreza?).
W marinie najpiękniejsze były dwa bliźniacze jachty pod banderą Zjednoczonego Królestwa - piękne, stylowe i w nienagannym stanie gaflowe kecze o długości 18, 90m. Oczywiście nie zabrakło również polskich jednostek - i trzeba przyznać, że nasze poczciwe Opale nie wyglądały wcale najgorzej.
Co bardziej aktywnych zwiedzających i urlopowiczów ogarnął prawdziwy szał zbierania pieczątek. Na każdym jachcie można było dostać na pamiątkę okolicznościowy stempelek. Co rozsądniejsi wyznaczali wachty do stemplowania przed jachtem, co pozwalało uniknąć zadeptania jednostki przez trzy dni zlotu. Zwłaszcza wieczorem, kiedy już się przerzedzało (choć też nie za bardzo), przed północą, można było już spokojnie pooglądać żaglowce - na razie z kei, bo na pokład wejście było dopiero w niedzielę. A w sobotnią noc miasto zaprezentowało w porcie pokaz sztucznych ogni oraz laserowe widowisko w stylu światło i dźwięk. Fajerwerki odpalano niedaleko DARU POMORZADARU MŁODZIEŻY - i było na co popatrzeć. Poza tym codziennie wieczorem zapalała się iluminacja na największych jednostkach, stojących w Basenie Prezydenta, co o zmierzchu i wieczorem dawało efekt niesamowity.
Rozmiar: 22222 bajtów
MORNING STAR najpiękniejszy jacht
w gdyńskiej marinie
fot. Milka Jung
Zajęte były wszystkie nabrzeża - oprócz całej mariny również wszystkie nabrzeża w basenie prezydenckim (prezydenta, kutrowe, Wilsona) i angielskie na początku Basenu Węglowego. Podziwiać i zwiedzać można było 92 jednostki biorące udział w regatach oraz cumujące w tym czasie w porcie FRYDERYKA CHOPINAZAWISZĘ CZARNEGO. Główną atrakcją zlotu był zdaniem wielu meksykański bark szkolny CUAUHTEMOC. Trzy lata temu podczas zlotu w Gdańsku cała jego załoga stanęła na rejach podczas parady, w tym roku strzelali na paradzie z armat na wiwat, ale sympatię publiczności zdobyli sobie dużo wcześniej. Ciemnoskórzy i ubrani mimo prażącego słońca w kompletne mundury paradne Meksykanie rzucali się w oczy dosłownie wszędzie. Spotkać ich można było w całym Trójmieście, niejednokrotnie razem z blond towarzyszkami, miejscowymi i przyjezdnymi.
Zwiedzanie ich statku było przygotowane wspaniale. Już od świtu do późnych godzin nocnych, czyli do około 2 w nocy, można było zwiedzać jednostkę, a jednocześnie doświadczyć całego związanego z tym ceremoniału. Na dole trapu wejściowego stał oficer, który z uśmiechem zapraszał do zwiedzania i wpuszczał kolejne grupki chętnych (kolejki były po prostu gigantyczne). Na górze tegoż trapu kolejny oficer każdej z wchodzących na pokład dam z równie promiennym co kolega uśmiechem podawał rękę, wprowadzając na pokład. Nie wiadomo, jak często się oni na tych stanowiskach zmieniali, ale cały czas wyglądali jak spod igły. Schodzących z pokładu żegnał kolejny uśmiech wachtowego przy zejściowym trapie. Oczywiście wszystko to przy dźwiękach meksykańskiej muzyki.

ciąg dalszy w magazynie...

powrót do początku spisu

Regaty

Polonijna BŁYSKAWICA wygrywa Chicago Mackinac Race 2003

Rozmiar: 19309 bajtów
Zwycięska załoga

Zwycięstwo polonijnej BŁYSKAWICY w tych największych i najsławniejszych w świecie regatach na wodach śródlądowych było nie tylko wielkim zaskoczeniem dla żeglarzy amerykańskich, ale również wielkim zadośćuczynieniem dla rzeszy polonijnych żeglarzy biorących w nich nieprzerwanie udział od 15 lat. Dla organizatorów zwycięstwo polonijnego jachtu było tak daleko idącym ewenementem, że podczas wręczania nagród nie mieli ich przygotowanych dla polskiej załogi.

tekst i foto Andrzej W. Piotrowski

Z wycięstwo żeglarzy z BŁYSKAWICY zostało odnotowane na skrawku białej tekturki normalnym dlugopisem (notabene z widocznym błędem w nazwie jachtu) bowiem właściwa nagroda już została przygotowana dla innego (ALCHEMY) jachtu, który w mniemaniu organizatorów miał zająć pierwsze miejsce. Tym bardziej jest ona cenna. Po raz pierwszy w 105-letniej historii regat polonijna załoga stała na deskach podium Mackinac Island Yacht Club odbierając trofeum za zwycięstwo w klasie Open. Naszym największym i zarazem jedynym przeciwnikiem był 77-stopowy jacht ALCHEMY z Santa Barbara z Kaliforni. Przywieziony specjalnie na regaty Chicago-Mackinac olbrzym to produkt ostatniego sezonu. Zbudowany w Australii ultralekki kadłub, uzupełniony najnowszymi zdobyczami techniki elektronicznej, żaglami z mieszanki kompozytów (mylaru, włókna węglowego i technory) i węglowym masztem, jacht miał tylko dwa zadania - przypłynąć jako pierwszy jacht na metę i pobić rekord trasy. Kosztujący miliony dolarów jacht mieścił na pokładzie najlepszych zawodowych żeglarzy z jak najlepszymi referencjami, jeżeli chodzi o wiadomości w zakresie taktyki, sztuki sterowania czy też operowania nowoczesnym sprzętem. Bardzo było to widoczne podczas startu naszej klasy kiedy to ALCHEMY po prostu odjechał od nas jak autobus od ludzi stojących na przystanku. To był pierwszy i ostatni raz, kiedy widzieliśmy naszego konkurenta na trasie. Następnym razem tylko słyszeliśmy o nim z meldunków na trasie i zobaczyliśmy już zacumowanego w porcie Mackinac Island.
Start w tegorocznych regatach Chicago-Mackinac odbył się w sobotę 12 lipca w godzinach od 12.00 do 14.20 kiedy to jako ostatnia wystartowała nasza klasa Open. Uczestnictwo w regatach Chicago-Mackinac Race jest bardzo wymagającym wyzwaniem. Jako, że na BŁYSKAWICY pełniłem podwójną funkcję taktyka i jedocześnie operatora filmowego, to postaram się wyjaśnić tajniki tego rodzaju regat.
O ile funkcja operatora nie wymaga wyjaśnień, bowiem robię to od lat i raczej w miarę udanie, to zadanie taktyka wymaga dużo więcej umiejętności. Otóż aby wygrać lub przynajmniej zająć dobre miejsce w regatach, musi być spełnionych parę warunków. Poniżej przedstawię jakie czynniki są według mnie najważniejsze:
1. Taktyka
2. Praca sterników
3. Praca całej załogi
4. Konstrukcja i przygotowanie jachtu
5. Konieczny i przysłowiowy łut szczęścia
Rozmiar: 13616 bajtów
Za mostem Mackinaw; skipper składa meldunek komisji
regatowej
Zacznę od taktyki jako sprawy najlepiej mi znanej. Otóż taktykę rozumiemy jako zespół czynników pojawiających się na trasie i naszych szybkich przeciwdziałań. Niemniej podstawy taktyki opracowuję przeważnie (zależy to oczywiście od typu regat - długie czy też naokoło boi) przed regatami. Najważniejszym czynnikiem jest pogoda czyli jej kolejne prognozy. Moje obserwacje pogody rozpocząłem 8 lipca. Każdego dnia trzykrotnie z internetu pobierałem prognozy na rejon Jeziora Michigan. Oczywiście te prognozy były zarówno na jego południową jak też północną część. Nie skupiałem się tylko na tym, interesowała mnie też (i to bardzo) sytuacja baryczna - czyli rozkład wyżów i niżów na tzw. Wielkiej Równinie (stany leżące na zachód od Jeziora Michigan) jak też całym rejonie Wielkich Jezior. Ich wzajemne położenie i przewidywane ruchy są bardzo ważne dla kierunków i siły wiatrów na Wielkich Jeziorach. Podczas tych czterodniowych obserwacji i analiz doszedłem do wniosku, że w pierwszej fazie regat (pierwsza doba) należy się trzymać wybrzeża Illinois i Wisconsin. Zakładałem, że końcowy układ zbliżającego się wyżu z Wielkiej Równiny i niżu znajdującego się w okolicach Quebec w Kanadzie będzie generować słabe wiatry z kierunków zachodnich lub nawet okresowy ich brak. Wtedy należy być bliżej lądu aby wykorzystać zjawiska bryz dziennych (wiatr dmucha od wody w kierunku lądu) i nocnych (wiatr wieje w kierunku odwrotnym).

ciąg dalszy w magazynie...

powrót do początku spisu

Regaty

Morskie regaty klasy 730

Klasa 730 tym razem przeniosła się na morze, gdzie w cyklu czterech regat, startujących kolejno z czterech portów polskiego wybrzeża, walczyła o VW CUP i nagrodę główną w postaci samochodu Volkswagen Polo.

Robert "Jabes" Janecki

Kołobrzeg
Port jachtowy w Kołobrzegu jako pierwszy w dniach 5-6 lipca gościł zawodników spod znaku trzech cyferek. Było wiele obaw, bo to przecież otwarty akwen, takie najprawdziwsze morze, trudne i długie wyjście z portu, jeżeli do tego dodamy jeszcze, że pod 1,5m falę i pod wiatr, no to mamy niezłą jazdę. Na początku wyszła kontrolna motorówka, na której znalazł się Sędzia Główny, Andrzej Wyrzykowski, oraz reprezentanci zawodników: Piotr Adamowicz, Michał Malicki oraz skromna osoba autora tego teksu, reprezentująca organizatora regat. Wspólnie uznano, że na samym akwenie nie jest aż tak strasznie, jednak wyjście z portu będzie wymagało ogromnej koncentracji. Na początek poszły dwie łódki: VW PASSATDECEUNINCK. Okazało się, że wszystko przebiegło bez problemu i zapadła decyzja o wyholowywaniu kolejnych łódek. Pierwszy wyścig od razu pokazał, że flota 730 ściga się w podgrupach wzajemnej adoracji.
Rozmiar: 16648 bajtów
Dno regatowego bolida jest gładkie jak pośladki niemowlaka
Z przodu prym wiodły dwa jachty: VW PASSATNIVEA. Mając 330 kg na balaście wiedzieliśmy, że halsówki nie będą naszą specjalnością, dlatego żeglowaliśmy spokojnie, starając się trzymać kontakt z czołówką. Na kursach z wiatrem było już normalnie, czyli bardzo dobrze. VW PASSAT wygrywa wszystkie wyścigi tego dnia, natomiast NIVEA melduje się 3 razy na drugim miejscu. Zacięta walka toczy się natomiast na kolejnych miejscach. I tak na 3 miejscu dojeżdża OKTANT z Piotrem Adamowiczem za sterem. Jak się później okazało OKTANT, flagowa jednostka Marynarki, jeszcze dwukrotnie kończyła wyścigi na trzecim miejscu, natomiast w ostatnim wyścigu regat wskoczyła na drugie miejsce. W generalce OKTANT zajmuje 3 miejsce, bo przecież Marynarka Wojenna na morzu musi żeglować dobrze.
Na czwartym miejscu w regatach ląduje TOYOTA AUTO PODLASIE Krzysztofa Kowalskiego i były to dobre regaty w wykonaniu TOYOTY. Piąte miejsce DECEUNINCKA i Macieja Cylupy to na pewno nie jest ich szczyt marzeń. Szóste miejsce Bartka Olczaka na SPEEDY GONZALESIE to niezły wynik jak na debiut. Reasumując, wszyscy sobie sporo pożeglowali w prawdziwych morskich warunkach i o dziwo nikt nie narzekał.
Łeba
Rozmiar: 21756 bajtów
W Łebie - żeglowanie w trudnych warunkach
Drugie regaty cyklu Volkswagen CUP rozegrano w Łebie w dniach 12-13 lipca. Marina w Łebie jest jedną z najładniejszych w kraju. Pośród drzew i wydm z pięknym budynkiem klubowym wygląda naprawdę okazale.
Dla nas żeglarzy najważniejsze były jednak warunki pogodowe, a głównie wiatr i zafalowanie. Te jednak na początku były bardzo nieprzychylne. Wiatr o sile do 6 stopni w skali Beauforta i ponad 2-metrowe fale okazały się barierą nie do pokonania w pierwszym dniu regat. Nie było to jednak tak, że od razu złożyliśmy rękawice, kilka załóg wyjechało, aby sprawdzić się w tym silnym wietrze. Żegluga była bardzo trudna, zwłaszcza teraz, kiedy zgodnie z nowymi przepisami klasy 730 żegluje się czteroosobową załogą. A teraz trochę o niedzieli. Okazało się że będzie ona dla nas prawdziwym maratonem. Cztery wcale nie krótkie wyścigi, pozwoliły na uczciwy podział miejsc w stawce. Jeżeli chodzi o same wyniki to warto odnotować kilka ciekawostek. Przede wszystkim walka o drugie i trzecie miejsce pomiędzy OKTANTEMNIVEĄ trwała do ostatniego wyścigu, w którym szalę na swoją korzyść przechyliła załoga Michała Malickiego. W całych regatach byli tylko o 1 punkt przed załogą Piotra Adamowicza, który na morzu zawsze żeglował bardzo dobrze. Miejsca 4 i 5 to DECEUNINCKTOYOTA, które tym razem zamieniły się miejscami w stosunku do regat w Kołobrzegu. W klasyfikacji generalnej cyklu VW CUP dzieli ich tylko 0,5 punktu i jak śpiewa Anita Lipnicka, wszystko się może zdarzyć.

ciąg dalszy w magazynie...

powrót do początku spisu

Chorwackie szlaki

Rozmiar: 35910 bajtów
Keja miejska w Hvarze - postój pod palmami

Do "małego Dubrownika"

Wyspy Hvar i Sv. Klement są wspaniałym przystankiem przed "skokiem" do Korculi, a z racji swojego uroku często stają się stałym punktem dłuższego wypoczynku w rejsach po południowym wybrzeżu Chorwacji.

Igor Godlewski

Kontynuujemy naszą żeglugę wzdłuż Hvaru i wracamy na trasę do Korculi i Dubrownika.
Płynąc trasą standardową - czyli od Splitu i mając Hvar po lewej burcie, wchodzimy w Paklini kanal - zwężające się przejście wyznaczone przez grupę niewielkich wysp, prowadzące nas do "małego Dubrownika", czyli do miasta Hvar. O jego zabytkach możemy przeczytać w każdym sensownym przewodniku turystycznym, a jest ich tyle, że zwykle opis zajmuje cały rozdział. Już sam niewielki port, którego budowa rozpoczęła się w połowie XV w., jest miejscem o dużym znaczeniu historycznym, bowiem właśnie tu zimowała przez lata wenecka flota Wschodniego Adriatyku. Niedaleko znajdziemy mury miejskie z XIII w., a ponad miastem szesnastowieczną warownię i piękny wielki ogród kaktusów z kwitnącymi agawami (gdzie indziej nieczęsto można to zobaczyć – agawa kwitnie raz, zaraz potem obumierając). Więcej chyba nie trzeba zachwalać, kto będzie na miejscu, sam zobaczy, a ja chciałbym zwrócić uwagę na problemy związane z postojem w Hvarze. Port
Jest mały i dość ciasny, płatne miejsca przygotowane dla jachtów znajdują się przy nabrzeżu, po prawej stronie, za częścią zarezerwowaną dla promów i statków turystycznych. W związku z tym, że basen jest zupełnie otwarty na wiatry zachodnie i północno-zachodnie, przy silniejszych wiatrach z tych kierunków postój w nim staje się po prostu niebezpieczny. Jednak prawdziwie niemiłą niespodzianką jest fakt, że wiatry południowe, przed którymi na oko mamy dobrą osłonę, potrafią wzbudzić bardzo groźne falowanie w porcie (jest to spowodowane między innymi niekorzystnym układem pobliskich wysepek odbijających fale idealnie w kierunku Hvaru). Jachty cumujące przy nabrzeżu często w takiej sytuacji doznają uszkodzeń, wpadając na siebie nawzajem czy uderzając o kamienne molo, przy którym stoją. Takie same problemy mogą wystąpić nawet przy bezwietrznej pogodzie, codziennie, w momentach, gdy do tego małego portu zawijają szybkie pasażerskie katamarany lub na przykład wodolot. Jedynym sensownym wyjściem jest odstawienie jachtu maksymalnie daleko na cumach, oraz pozostawienie przynajmniej jednoosobowej wachty, którą można pełnić siedząc w kafejce o kilka metrów od jachtu i obserwując sytuację. Teoretycznie mniejsze jednostki (do 2 m zanurzenia) mogą cumować w głębi basenu, gdzie wydaje się być spokojniej, jednak miejscowi skutecznie to uniemożliwiają, przegradzając cumami wolne wydawałoby się miejsca (rezerwacja!), a mnogość prywatnych bojek i cum kotwicznych skutecznie utrudnia manewrowanie i zagraża naszej śrubie. Bezpiecznym wydaje się jedynie zakotwiczenie jachtu na środku portu, szczególnie że można się zabezpieczyć wywożąc cumę rufową na zachodni brzeg. Jeżeli mimo wszystko decydujemy się na postój w Hvarze musimy pamiętać o tym, że późniejszym popołudniem możemy już nie znaleźć żadnego wolnego miejsca, a w sierpniu nawet pobliska marina może być pod wieczór całkowicie obłożona.
Sv. Klement
To właśnie Marina Palmiżana (ACI) położona na wyspie Sv. Klement, jest alternatywą dla postoju w samym Hvarze. Niestety, jest to wyjście dość drogie gdyż oprócz opłaty za marinę (za jacht do 9 m z załogą 6-osobową zapłacimy ok. 230 kuna, czyli circa 130 zł za dobę) musimy opłacić przewoźnika do Hvaru - bilet na taki "tramwaj" w obie strony to 60-70 kuna, czyli 40zł od osoby.

ciąg dalszy w magazynie...

powrót do początku spisu

Nasz rejs

Krym pod strażą

Wyjęliśmy kajaki z wody i... zjawiło się przed nami pięciu żołnierzy ukraińskiej straży granicznej. Najstarszy stopniem ładnie zasalutował, przedstawił się i oznajmił, że jesteśmy aresztowani. Albowiem miejsce, w którym wylądowaliśmy, jest "daczą" Putina...

Ks. Dariusz Sańko

4 lipca 2001
Znowu kolejna wyprawa kajakowa. Uczestniczą w niej Szymon, stary i najlepszy mój kompan wędrówek, Piotrek (17 lat), który w tamtym roku był z nami na wyprawie wokół Nordcape i Lofotów, mój rodzony brat Artur (20 lat), dla którego jest to pierwsza porządna wyprawa i który na pewno da sobie radę, oraz ja. Pierwszym naszym bardzo zaawansowanym zamiarem było wybrać się na spływ kajakowy rzeką Leną. Niestety, ogrom małych, a zarazem wielkich niespodziewanych problemów sprawił, że się tam nie wybraliśmy. Zresztą szybkie wiosenne słońce na południu Syberii sprawiło szybkie roztopy lodu, za którym nie nadążyły lody północnej Syberii i to sprawiło ogromne powodzie wszystkich niemal rzek na Syberii. Rzeka Lena w niektórych miejscach podniosła się aż do ok. 21 metrów. Rozsądek z wielkim trudem poskromił pragnienia spływu Leną w tym momencie - jednak nie pragnienie przygody. Ruszyliśmy 2 lipca 2001r. około godziny 10.00 pociągiem z Sokółki do Grodna z na szybko wymyślonym planem spływu rzeką Niemen aż do Bałtyku, a potem dalej po Bałtyku. Jednak na stacji kolejowej w Grodnie szybko się dowiedzieliśmy o prawnej niemożliwości przekroczenia rzeką Niemen granicy białorusko-litewskiej. W związku z tym szybko podjęliśmy nową decyzję o ruszeniu na Morze Czarne, na osławiony z przepięknej przyrody Krym. Dodatkowym argumentem było to, że pociąg w te regiony mieliśmy za około 2 godziny. Kupiliśmy więc bilety z Grodna do Symferopola i ruszyliśmy.
Rozmiar: 17616 bajtów
Malownicze klify Krymu
Bardzo szybko dostaliśmy się na Półwysep Krymski nad morze do Sewastopola, a dalej ruskim samochodem towarowym do tzw. "Kazaczie Mijsna", miejsca, z którego zamierzamy opływać Półwysep Krymski. Nie mogliśmy wypływać z samego portu Sewastopola, bowiem dowiedzieliśmy się od życzliwego, przypadkowo spotkanego Rosjanina z Archangielska, że żeby popływać na Morzu Czarnym w okolicach Półwyspu Krymskiego trzeba mieć jakieś tam "razrieszenie", za którym trzeba wiele dni nieźle pochodzić po różnych urzędach. Powiedział nam, że on już za nim sam osobiście chodził, bowiem chciał opływać Krym katamaranem, ale zwątpił w końcu w walce z papierkami i popłynął ostatecznie na lewo. Powiedział nam także, że po drodze mamy do ominięcia wiele regionów strzeżonych, gdzie jest zakaz wszelkiej żeglugi: militarnych poligonów, "dacz" wielkich polityków. Pokazał nam na mapie miejsca podejrzane i radził płynąć blisko klifów, aby lornetki strażników nas nie wypatrzyły. Dobry człowiek zapraszał nas w przyszłości na żeglugę katamaranami po Morzu Białym, gdyż jest tam szefem spółki turystycznej. Daliśmy mu w ramach wdzięczności za poświęcony nam czas i rady kiełbasę salami.
Na razie opalamy się na plaży, kąpiemy i pewnie za chwilę, jak się zacznie ściemniać i będzie trochę mniej turystów na plaży, wyruszymy. Podczas nurkowania koło plaży zauważam pod wodą niezły pocisk, chyba od czołgu albo armaty, nie wiem. W sumie jesteśmy niedaleko od poligonu, chyba jakiś żołnierz pijany pomylił kierunki celu.
Wypłynęliśmy ok. godziny 19.00. Temperatura powietrza była już o tej godzinie znośna do płynięcia. Tafla wody była także bardzo spokojna. Płynęliśmy ok. 100 metrów od brzegu i w ciszy podziwialiśmy przepiękne klify Krymu. Fantastyczne skały klifów, spadające pionowo do wody, niesamowite groty na różnych wysokościach i plaże bez dostępu z lądu wśród tych urwisk. Było fantastycznie. Po ok. 3 godzinach wiosłowania zaczęliśmy rozglądać się za miejscem na nocleg, tym bardziej że zaczęło się robić ciemno. Niestety, nie mogliśmy wypatrzyć dobrego miejsca. Ciemność całkowita nocy w końcu nas pochłonęła. Jedynie przepiękny blask pełnego księżyca rozjaśniał troszeczkę te ciemności. W jego świetle płynęło się cudownie.

ciąg dalszy w magazynie...

powrót do początku spisu

Konstrukcje

Sundancer 525 - Tańczący w słońcu

525 Sundancer to jednostka o ponad 16-metrowej długości. Całość zaprojektowana jest tak, że daje nie tylko poczucie komfortu, ale i dużej przestrzeni. Meble i wnętrze wykonane są ze skóry i z wiśniowego drewna...

Marta Wolska

Rozmiar: 18291 bajtów
Za takie cacko trzeba zapłacić $850.000

Z pewnością każdy choć przez chwilę marzył, aby popływać w pełni luksusowym jachtem motorowym. Ot, choćby takim jak jednostki zbudowane przez holenderską stocznię Sea Ray.
Przez ostatnie siedem lat firma zainwestowała w automatyzację i komputeryzację (głównie do tworzenia projektów w systemie trójwymiarowym) więcej środków finansowych niż jakakolwiek inna stocznia na świecie. Przed wyprodukowaniem prototypu jakiejkolwiek jednostki konstruktorzy wiedzą już, jak będzie wyglądała i jak efektywnie będzie służyła każda jej część. Mottem firmy jest "zrobić niemożliwe możliwym". 525 Sundancer to jednostka o ponad 16-metrowej długości. Ma dwie dwuosobowe kabiny z oddzielnymi łazienkami. W salonie na wygodnych skórzanych sofach można delektować się muzyką i filmem dzięki zastosowaniu sprzętu audiowizualnego najwyższej jakości. Po rozłożeniu sof uzyskuje się dodatkowe, wygodne miejsca do spania, dzięki czemu oprócz rodziny na łódkę można zaprosić także przyjaciół. Meble i wnętrze wykonane są ze skóry i z wiśniowego drewna. Całość zaprojektowana jest tak, że daje nie tylko poczucie komfortu, ale i dużej przestrzeni. W kuchni, oprócz podstawowego sprzętu AGD - lodówki i zamrażarki oraz zlewu z bieżącą ciepłą i zimną wodą, znajduje się również ekspres do kawy i mikrofalówka. Dla większej wygody zainstalować można klimatyzację, która regulowana jest w każdym pomieszczeniu. Jednak najważniejszą rzeczą na jachcie jest dek i mostek. Na obszernym, płaskim deku delektować się można słonecznymi kąpielami. Na mostku wyposażonym w Sea Ray Navigator - w pełni zintegrowany system nawigacyjny (GPS, kolorowe plotery, autopiloty, radar, itp.) nie mogło zabraknąć barku z lodówką, chłodziarką, maszynką do robienia lodu. Całości dopełniają wygodne fotele, a także sprzęt stereo z CD na sześć dysków, wzmacniaczem, subwooferem i czterema wodoodpornymi głośnikami. Na rufie znajduje się wygodna platforma ułatwiająca zejście do wody.
525 Sundancer napędzana jest dwoma silnikami Cummins Diesel o mocy 616 kM (459 kW). Łatwa w obsłudze, bardzo wygodna, doskonale zaprojektowana ze wspaniałą przestrzenią, 525 Sundancer jest kwintesencją "know-how" prezentowanej przez stocznię Sea Ray.

ciąg dalszy w magazynie...

powrót do początku spisu

Konstrukcje

Rambler jak nowy

Nazywam się LUBA. Jestem 45-letnim ramblerem. Po ostatnim sezonie lakier odłaził mi całymi płatami, w trzech miejscach poszycie przegniło prawie na wylot. Ciekłam, byłam przesadnie nawietrzna i niedożaglowana. Przez całą zimę i wiosnę ktoś przy mnie pracował...
Nazywam się Piotr, mam 39 lat. W ostatnim sezonie pływałem na starym ramblerze. Po sezonie postanowiłem choć w części przywrócić łodzi dawny urok. Pomysł o tyle dziwny, że jacht nie należy do mnie, a ja z kolei nie mam żadnego przygotowania szkutniczego...

Piotr Szafranek

Praca koncepcyjna
Łódź była mocno nawietrzna. Po dokonaniu pomiarów ożaglowania i wyznaczeniu środka ożaglowania oraz środka bocznego oporu potwierdziły się przypuszczenia o znacznym przesunięciu ŚO do tyłu w stosunku do ŚBO, stąd znaczna nawietrzność. Pomyślałem o zastosowaniu krótkiego bukszprytu, który z jednej strony skorygowałby kwestię nawietrzności, a z drugiej łódka zyskałaby wizualnie. Rozwiązanie potwierdziła lektura książki brytyjskiego konstruktora jachtów (w końcu rambler to też konstrukcja rodem z Anglii, John Holt zaprojektował go w 1955 r.), który twierdził, że jedynym sposobem zrównoważenia żeglownego krótkich balastowych łodzi jest zastosowanie właśnie bukszprytu. Na rysowaniu, liczeniu, konsultacjach, myśleniu, jak, co, kiedy i z czego wykonać, upłynęło wiele jesiennych wieczorów.
Co należy wykonać
Lista prac do wykonania, którą przygotowałem początkowo, w trakcie prac ewoluowała. Podczas usuwania lakieru odkrywałem kolejne ślady przeszłości. Przegniłe poszycie pawęży (dębowa deska 22 mm) - to musiało trwać. Burta lewa, potrzebna prawie metrowa łata ze sklejki 10 mm przy łączeniu z pokładem, kolejna już mała przy rufie. Naprawa stopy pod cęgami masztu. Okna w całości do wymiany, ramki trzeba dorobić od podstaw, to samo z gretingiem i jarzmem steru.
Dębowa knaga samozaciskowa szotów foka prawie rozkruszyła się w rękach, fragmenty listwy odbojowej również do wymiany. Uszczelnienie łączenia pokładu dziobowego i kabiny. Dorobienie bukszprytu (na szczęście któryś z kolegów z klubu uratował starą dębową dechę walającą się na naszej przystani nad Zegrzem, którą ktoś inny chciał spalić). Oczyszczenie z rdzy starych knag i sztagownika (oryginalne elementy warto zachować), wypolerowanie i pochromowanie. Dorobienie okucia bukszprytu. Wymiana takielunku. Czyszczenie żagli, pranie lin, naprawa opasek na linach itp. Nie jestem pewien, czy to wszystko, ale to chyba i tak dosyć długa lista.
Praca
Stara maksyma, że szkoła czyni mistrza, w tym przypadku kolejny raz się sprawdziła. Rozpocząłem na przełomie października i listopada 2002. Na początku wyglądało to komicznie. Usuwałem starą powłokę lakieru grzejąc go żarówkami i suszarką do włosów, dopiero z czasem zaopatrzyłem się w opalarkę pożyczoną z warsztatu samochodowego życzliwego kolegi. Wielu prac, zanim je wykonałem, musiałem się po prostu nauczyć. Konsultacje z profesjonalistami, czytanie artykułów i literatury fachowej w końcu zaowocowało. Praca postępowała dzięki nowo zdobytej wiedzy, ale i determinacji. Dopasowanie łat to żmudne zajęcie (łatę pawęży dopasowywałem trzy dni), ale wreszcie się udało. Na dworze jeszcze zimno, w hangarze też, więc wklejam nowe poszycie przy użyciu epidianu 5 z utwardzaczem TFF. Szyby z pleksi docinałem w domu przy dezaprobacie małżonki. Ramki okienne częściowo też. Uszczelnianie pokładu i wklejanie okien to już technologia morska - materiały sikafleks zdały egzamin.

Rozmiar: 16487 bajtów
Często zmieniała pozycje

ciąg dalszy w magazynie...

powrót do początku spisu

Bezpieczeństwo

Rozmiar: 21329 bajtów
Indonezyjscy komandosi przebrani za piratów w czasie ćwiczeń
w Cieśninie Malakka, szczególnie nękanej przez plagę piractwa
fot. AP PHOTO/ED WRAY/GW

Piraci nadal łupią

Napadają i okradają jachty i statki handlowe. Działają szybko. Terroryzują załogę, kradną dobytek i pieniądze, rabują sprzęt elektroniczny i ratunkowy, zawartość magazynków, ładunek... Uciekają równie błyskawicznie, jak się pojawiają, używając szybkich motorówek.

Przemysław Chylaszek

31.10.2002 godz. 13.00 na pozycji 004o40'N-007o10'E, Bonny River, Nigeria.
15 piratów, uzbrojonych w drągi, używając szybkiej łodzi, wtargnęło na pokład holownika. Piraci uprowadzili załogę na brzeg i przetrzymywali uwięzionych przez kilka godzin, domagając się wysokiego okupu za ich uwolnienie. Kapitan w obawie o bezpieczeństwo załogi zapłacił z kasy okrętowej. Piraci wzięli pieniądze i zwolnili zakładników.
11.12.2002 godz. 18.05 kotwicowisko Lagos, Nigeria.
Sześciu piratów uzbrojonych w karabiny M-16 usiłowało wtargnąć na masowiec przez łańcuch kotwiczny. Zaatakowali i zagrozili załodze. Uciekli szybką łodzią. Gorzej, gdy porywają jacht. Wtedy załodze grozi śmierć, a jacht zostaje często wykorzystany do przemytu, np. narkotyków, a następnie jest zatapiany.
12.12.2002 komunikat PAN PAN.
18.11.2002 francuski jacht TERANGA wypłynął z Guadelupy, w kierunku Dominiki. Był oczekiwany z powrotem na Guadelupie 24.11.2002, ale słuch po nim zaginął. Na pokładzie znajdowały się 4 osoby. Jacht koloru białego, marka: Beneteau, typ: Oceanis 381, długość: 12m.
Atakują zwykle w nocy na uczęszczanych szlakach żeglugowych, w pobliżu portów, na kotwicowiskach (ze względu na niewielki zasięg szybkich łodzi). Jednak i w tym przypadku nie ma reguł, bo ich zuchwałość rośnie. Często zdarzają się napady w dzień na statki i jachty, stojące przy kei.
11.10.2002, godz. 21.40 Calao, Peru.
Dwóch piratów uzbrojonych w noże napadło na kontenerowiec w czasie operacji przeładunkowych. Zaatakowali oficera wachtowego. Okradli magazynek celny i uciekli motorówką. Kapitan ogłosił alarm i zawiadomił władze portu.
KIM ONI SĄ?
Przeważnie są to zorganizowane grupy kilku - lub kilkunastoosobowe, dobrze uzbrojone i przygotowane, które dokładnie wiedzą, czego szukają. Bywają też bardziej przypadkowi i zdesperowani rabusie, ale równie niebezpieczni. Jeśli mają broń palną, mogą zastrzelić kogoś z załogi całkiem przypadkowo.
CZEGO CHCĄ?
Polują, np. na cenny kontener, który jest śledzony już w porcie od momentu załadowania na statek. Interesują ich też pieniądze, dobytek załogi, magazynki celne, sprzęt elektroniczny. Ich głównym atutem jest szybkie działanie i zaskoczenie załogi. Piraci bardziej zdesperowani niż zorganizowani rabują to, co wpadnie im w ręce: tratwy, koła ratunkowe, pławki, boje EPIRB, transpondery radarowe, silniki szalupowe, plądrują magazynki z narzędziami, farbami, ubraniami.
JAK DOSTAJĄ SIĘ NA STATEK?
Podpływają szybkimi motorówkami, zarzucają liny z hakami na burtę i w chwilę później są na pokładzie. Na małe jachty dostają się o wiele szybciej. Atakują mostek, terroryzują wachtowych, nie dopuszczają do uruchomienia alarmu. Następnie plądrują statek i uciekają.

ciąg dalszy w magazynie...

powrót do początku spisu

Festiwale

Święto Siedmiu Mórz

Delfzijl - małe portowe holenderskie miasteczko nad Morzem Północnym jest raczej cichym miejscem. Jednak raz na pięć lat zamienia się w tętniący życiem port, do którego zawijają najpiękniejsze żaglowce świata.

Kamil Piotrowski

Tydzień przed gdyńskm Cutty Sark uczestnicy regat zawinęli do holenderskiego portu Delfzijl jako goście czwartej edycji "Festival of the Seven Seas - DelfSail 2003". Ta impreza to wielkie święto ludzi morza i imponująca parada żaglowców, łodzi, jachtów, motorówek i wszystkiego, co tylko może pływać. Towarzyszyły jej imprezy kulturalne, handlowe i towarzyskie. Nie zabrakło oczywiście morskiego śpiewania. Specjalnie na tę imprezę organizatorzy zaprosili kilkanaście grup szantowych, głównie z Holandii. Był też jeden chór z Niemiec, Japonii i grupa z Polski.
Rozmiar: 31215 bajtów
Indonezyjski żaglowiec DEWARUCI był
jednym z najpiękniejszych w porcie
Polskie akcenty
Od początku istnienia imprezy jej maskotką i ulubieńcem organizatorów stała się polska fregata DAR MŁODZIEŻY. Nic więc dziwnego, że do promocji DelfSail 2003 wykorzystano zdjęcie polskich marynarzy oraz sylwetkę DARU MŁODZIEŻY. Było go widać wszędzie. Na plakatach, folderach i programach imprezy. Polski żaglowiec podczas pobytu w porcie odwiedzały tłumy turystów i oficjeli. Sama załoga, z kapitanem Henrykiem Śniegockim na czele, prezentowała się wspaniale. Oprócz Daru, do kei przycumowały także: POGORIA, na której pokładzie panowała mniej oficjalna atmosfera, oraz mniejszy jacht BUFFEL, biorący także udział w regatach.
Szanty z dawnych żaglowców
Bardzo głośnym polskim akcentem był występ grupy szantowej "Segars" z Bytomia. Można ich było posłuchać niemal wszędzie. Występowali na głównej scenie festiwalu, na kei, na pokładzie DARU MŁODZIEŻY oraz w pubach. Koncertowali także pływając po porcie na barce. Było to zupełnie inne śpiewanie szant od tego, jak robią to Holendrzy. Grupy z Holandii z reguły liczą 30 i więcej członków, w większości osób starszych. Śpiewają oni szanty bardziej amatorsko, dla zabawy, o czym można było się przekonać podczas występów holenderskich grup na festiwalu. Polskie grupy bardzo często mają w swych składach zawodowych muzyków i podchodzą do śpiewania szant bardziej profesjonalnie.
O polskiej grupie "Segars" było głośno w Holandii za sprawą płyty "Shanties of oldtime sailing ships". "Segars" oraz holenderscy szantymeni, Iwe van der Beek i Jan van Oudheusden, w kwietniu nagrali w Holandii wspólnie kilka szant holenderskich i angielskich. Dodatkowo "Segarsi" dograli do tego materiału kilka szant polskich. Płyta została wydana w limitowanej liczbie 500 egzemplarzy. Występy "Segars" w Delfzijl wzbudziły spore zainteresowanie wśród publiczności. Także media interesowały się polską grupą. Ukazały się artykuły w codziennej prasie i w holenderskim "Shanty Magazynie".
Gwiazda Dewaruci
Główną atrakcją dla ok. miliona zwiedzających były jednak oczywiście żaglowce, przez cztery dni trwania festiwalu udostępniane do zwiedzania. Gwiazdą wśród nich był bez wątpienia indonezyjski żaglowiec DEWARUCI (niestety, nie było go w Gdyni), jeden z najpiękniejszych w porcie i na pewno z najbardziej umuzykalnioną załogą.

ciąg dalszy w magazynie...

powrót do początku spisu

Recenzje

Karol, jakiego nie znacie

Rozmiar: 10411 bajtów "Czarodziej wiatru" to najnowsza książka Agencji Fotograficzno-Wydawniczej WIT z Olsztyna. Jest to wywiad-rzeka z Karolem Jabłońskim pióra dziennikarza lokalnego oddziału "Gazety Wyborczej", Marka Sawickiego. W kilkunastu rozmowach obaj panowie odsłaniają kulisy startów Karola, okoliczności jego wyjazdu do Niemiec, starty w najważniejszych regatach (także bojerowych) i prezentuje życie rodziny Jabłońskich w podolsztyńskim Łupstychu. Sporo uwagi poświęca się przygotowaniom polskiego zespołu do regat o Puchar AMERYKI (jego szefem był Karol prawie trzy lata), nie pozostawiając suchej nitki na pseudozawodowcach spod znaku Polska 1. Karol sam walczy o Puchar, wybrał swoją drogę, na której sukcesów nie brakuje. Jak potoczy się dalej jego kariera, oczywiście nie wiemy, ale mamy podstawy do optymizmu.
Mankamentem książki jest całkowity brak zdjęć, chociaż aż się prosiło o opublikowanie choćby wybranych fotografii dokumentujących najważniejsze etapy zawodowej kariery Karola. Ponadto cena książki - aż 35 złotych, co nie wróży jej najlepiej w zmaganiach o czytelnika. Ale mimo wszystko warto poznać Karola, jakiego jeszcze nie znamy.
MS
Marek Sawicki, "Czarodziej wiatru", Agencja Fotograficzno-Wydawnicza WIT, Olsztyn 2003, stron 134, cena 35 zł

Z tygrysem na oceanie

Książkę, której angielski oryginał recenzowaliśmy w maju, wydaje właśnie w polskim przekładzie krakowskie wydawnictwo Znak. Na zaproszenie wydawcy przyjedzie też do Polski we wrześniu autor "Życia Pi" - Yann Martel. Odwiedzi Kraków, Warszawę i Poznań. Książka w zeszłym roku otrzymała bardzo prestiżową nagrodę Bookera, a na świecie sprzedano już ponad milion egzemplarzy. Opowiada historię nieprawdopodobną - indyjski chłopiec, syn właściciela zoo, po katastrofie statku, na którym wraz z całą rodziną i zwierzyńcem płynął do Kanady, jako jedyny pozostaje przy życiu. Jedyny z ludzi, bo oprócz niego w szalupie ratunkowej znajduje się zebra ze złamaną nogą, orangutan z Borneo i ważący czterysta pięćdziesiąt funtów tygrys bengalski. Szesnastoletni Pi Patel - wyznawca hinduizmu, chrześcijaństwa, a także islamu, spędzi w łodzi razem z tygrysem 227 dni na Pacyfiku. Tylko z tygrysem, bo wszystkie inne zwierzęta zostały wcześniej przez niego zjedzone. Najkrócej można powiedzieć, że jest to książka o żądzy życia... Bardzo, bardzo polecamy. Również ze względu na znakomity przekład Zbigniewa Batki.
MJ
Yann Martel, "Życie Pi", Wydawnictwo ZNAK, Kraków 2003, stron 341, cena wyd. w miękkiej oprawie 29 zł
Rozmiar: 8620 bajtów

Twój wędkarski przewodnik

Rozmiar: 12614 bajtów W księgarniach można dostać wydaną nakładem wydawnictwa "Telbit" książkę Cezarego Karpińskiego "Mazurskie Oceany". Jest to zasadniczo książka przeznaczona dla wędkarzy, ale bez wątpienia może się przydać również żeglarzowi, zwłaszcza wędkującemu. Zamysł autora jest prosty. Jestem na Mazurach i potrzebuję zwięzłego wydawnictwa, co, gdzie, na jakiej głębokości i jaką metodą łowić. W książce znajdziecie dużo informacji o nowoczesnych technikach ułatwiających poszukiwanie ryb, jak i samą żeglugę. Echosonda i GPS na jeziorach ułatwiają życie i pozwalają lepiej wykorzystać każdą chwilę łowieckiej eskapady. Szczegółowe opisy jezior wraz z mapkami batymetrycznymi mogą przydać się każdemu, również żeglarzowi. W książce znajdziecie adresy i numery telefonów stanic wodnych, gospodarstw agroturystycznych i przystani. Każde z jezior, duże czy małe, ma dokładny opis wraz z mapą batymetryczną. Jest to doskonały przewodnik dla wędkarzy i wodniaków.
ŁD
Cezary Karpiński, "Mazurskie Oceany", wyd. Telbit, Warszawa 2000, stron 264

Bez zbędnego gawędziarstwa

Książka znanego niemieckiego żeglarza i guru szkoleniowego, Rolanda Denka, ukazała się niedawno nakładem Świata Książki. Krótka, bo licząca zaledwie 127 stron, pomimo tego, że zawiera wiele ilustracji, jest napisana prosto i rzeczowo. Nie zawiera tak częstego w polskich podręcznikach gawędziarstwa, nie pretenduje też do bycia podręcznikiem, uzyskania akceptacji wysokich komisji. Prezentuje za to bardzo dobry materiał, który przyda się każdemu, kto z żeglarstwem ma już cokolwiek wspólnego. Oczywiście kurs żeglarski w Niemczech niekoniecznie wygląda tak jak u nas, ale podstawy są wszędzie te same. U nas nie mówi się za wiele np. o trymowaniu ze względu na sprzęt, któremu nawet najlepszy trym nie pomoże. Można poznać podstawy pływania z trapezem, poczytać o wyciąganiu człowieka zza burty talią grota, poczytać trochę o regatach - spojrzeć, jak to robią gdzie indziej. Kilka niezręczności terminologicznych zawsze się zdarza; mnie na przykład stosowanie w odniesieniu do małych łódek terminów "sterburta" i "bakburta" na prawą i lewą burtę razi, ale może to kwestia gustu. Książkę polecam bardzo np. tym, którzy są po kursie na żeglarza i chcieliby wiedzieć więcej - znajdą tu zarówno trochę o teorii jak i trochę o praktyce, co na pewno nie zaszkodzi, a całość napisana jest lekko, łatwo i przyjemnie. Instruktorzy też mogą poczytać - z pożytkiem.
MJ
Roland Denk, "Na żagle! Techniki, zasady, wyposażenie", wyd. Świat Książki, Warszawa 2003, stron 127
Rozmiar: 8449 bajtów

Zachęta do nurkowania

Rozmiar: 12349 bajtów Książka wygląda jak album, ale nie dajmy się zwieść pozorom. Konsultantem przy jej polskim wydaniu był Grzegorz Dominik - jeden z najlepszych polskich nurków. Autorzy zamieszczają na początku uwagę jak najbardziej słuszną - żeby książki używać równolegle ze szkoleniem, bo nie zastąpi ona praktyki. Stanowi kompendium informacji dotyczących systemów szkoleniowych, fizyki nurkowania, wiedzy fizjologicznej o ludzkim organizmie niezbędnej do nurkowania, informacji o sprzęcie, nurkowaniu w morzu, bezpieczeństwie... Informacje dotyczące bezpieczeństwa oraz procesów zachodzących w naszym organizmie, które trzeba poznać, zanim zejdzie się pod wodę, są naprawdę rzetelnie opracowane. Część z nich można również zastosować w żeglarstwie - warto przypomnieć sobie postępowanie przy przemęczeniu, hipertermii, hipotermii etc. Całość ilustrują piękne, duże, kolorowe zdjęcia. Eleganckie wydanie, może przydać się na prezent dla kogoś, kogo chcemy do nurkowania zachęcić, bo do żeglarstwa już zachęciliśmy.
MJ
Jack Jackson, "Nurkowanie - podręcznik dla początkujących i nie tylko", Wydawnictwo Focus, stron 95, cena 44 zł

Zejdź z utartych szlaków

Rozmiar: 12349 bajtów W polskim żeglarstwie przyjęły się "żelazne trasy": Świnoujście - Kiel, Świnoujście - Kopenhaga, Gdańsk - Alandy. Jachty pływają jak po sznurku, rzadko kiedy zbaczając z utartych dróg. Może to rutyna półzawodowych kapitanów..., ale jeżeli ktoś wybiera się po prostu na włóczęgę, może zaopatrzyć się w książkę Briana Navina. "Cruising Guide to Germany and Denmark" to locja obejmująca, jak nazwa wskazuje, wybrzeża Niemiec i Danii. Zaczyna od Fryzji i Helgolandu, przez zachodnie wybrzeże duńskie, przez Sund po Kilonię. Locja nie obejmuje niestety Travemünde, Warnemünde, Greifswalder Bodden i Bornholmu. To znaczy obejmuje, ale w postaci skąpych "Pilotage notes". Cóż, te akurat rejony opisane są w locji "The Baltic Sea". Natomiast jeżeli chcemy pobuszować po Sundzie, Bełtach, przejść Limfjord, zajrzeć do Brunsbittel czy na Wyspy Fryzyjskie - tu mamy wszystko opisane szczegółowo, łącznie z małymi portami, bogato ilustrowane schematami, zdjęciami podejść.
Poza samymi portami oczywiście jest też dział o ogólnych warunkach żeglugowych, pogodzie, sposobach wzywania pomocy, spis przydatnych telefonów, informacje o przepisach granicznych i celnych, spis map i pomocy nawigacyjnych.
Jeżeli chcemy chadzać własnymi ścieżkami, zajrzeć do małych porcików na uboczu albo po prostu mieć wszystko razem i w dobrym wydaniu, powinniśmy mieć "Cruising guide" ze sobą. Książka jest czarno-biała z kolorowymi wkładkami, oprawa miękka lakierowana.
JK
Brian Navin, "Cruising Guide to Germany and Denmark", wyd. IMRAY, stron 210. Książkę importuje sklep.sail-ho.pl

Felieton Nawietrzny

Dwie kobiety na Guziance

Jerzy Iwaszkiewicz

Magda Nurkiewicz i Iwona Wieraszko, znane dziennikarki z radiowej Trójki, płynęły ostatnio przez śluzę na Guziance i mówią, że nigdy nie miały tylu propozycji męsko-damskich, ale mówią też, że nie miały czasu się tym zająć, bo w śluzie jest taki tłok, że każdy musi walczyć o życie. Guzianka zbudowana została kilkadziesiąt lat temu, jest projekt, aby zbudować nową, co jest koniecznością, tylko nikt nie wie, kiedy to będzie. Ze scen śluzowych ciekawa jest sytuacja, kiedy nagle rozległ się krzyk, a potem się okazało, że żeglarka zamiast opuszczać się razem z łodzią trzymała się sztywno liny, została na górze i wrzeszczała. W śluzie jest zawsze ciekawie. Panoszą się statki, jakby nie mogły chwilę poczekać, aż prześluzują się jachty. Żeglarstwo jest zbiorem czynności połączonych, więc dzieją się rzeczy różne. Armator dwóch luksusowych jachtów zamawia co tydzień firmę z Mrągowa, aby przyjechali posprzątać, ale Czesław Wawer nie musi nikogo zamawiać, bo do niego ludzie sami przychodzą. Wawer obchodził niedawno 50-lecie pracy, jest jednym z najbardziej znanych w Europie żaglomistrzów. Zbigniew Malicki z kolei wymyślił akcję Błękitne Żagle i jest to najpiękniejszy widok na polskich jeziorach. Płynie kilkaset łódek pod niebieskimi żaglami ze znaczkiem Nivea, bo to Nivea sponsoruje, i nagle świat robi się radośnie kolorowy. Napisałem kiedyś, że Błękitne Żagle to był najlepszy pomysł firmy Nivea i na to wygląda. Firmę widać, a dzieciaki uczą się życia na wodzie. Wieje w tym roku dziwnie. Niby wspaniała pogoda, wiatry jak trzeba, a jednak jeziora pustawe. W Piaskach, gdzie wykopano dodatkowe jeziorko przy porcie i gdzie o dziwo bosmani Wojciecha Grabarczyka nie siedzą znudzeni, tylko sami się rozglądają, co by tu zrobić i komu pomóc, panuje najbardziej żeglarska atmosfera ze wszystkich mazurskich portów, ale w Piaskach też jest pustawo. W Popielnie, dokąd warto popłynąć na lina w śmietanie, podobnie. Sytuacja w żeglarstwie zaczyna być taka sama, jak w motoryzacji. Widać luksusowe auta, ale mało kogo stać na tańsze. Ludzie nie mają pieniędzy. We wszystkich portach i sklepach żeglarskich, włącznie z nowym, doskonale zaopatrzonym sklepem Józefa Kozłowskiego w Mikołajkach notuje się duży spadek obrotów. Spadły ceny w wypożyczalniach, dobrą łódkę z silnikiem można już wynająć poniżej 200 zł za dobę. Tylko TIGA każe sobie płacić normalnie, czyli na obecne czasy za drogo. Jest wszakże wiadomość ważna. Sejm wprowadził poprawki do ustawy o prawie wodnym, co w praktyce oznacza, że nie trzeba będzie płacić osławionego podatku od dna. Nie było proste, aby przepis skasować. Duża w tym zasługa posłów z parlamentarnej komisji przyjaciół żeglarstwa, a szczególnie posła Jakuba Derech-Krzyckiego, a także Polskiego Związku Żeglarskiego. Związek bez przerwy słał pisma, a sekretarz generalny Zbigniew Stosio tłumaczył, komu trzeba, że to bzdura głębsza niż jezioro Bełdan, aż wreszcie wytłumaczył. To ważna sprawa, żeglarstwo było zagrożone. Prawo wodne trafiło do Senatu, a tam wieje trochę przytomniej.

ciąg dalszy w magazynie...

powrót do początku spisu