Spis treści, archiwum 10/2003

strona główna archiwum

nr
strony


  1. Sto pięćdziesiąt kilometrów pod żaglami i na wiosłach - Marek Słodownik
  2. Rejs spełnionych marzeń - Dariusz Nerkowski
  3. Rolex Fastnet Race: Do latarni i z powrotem - Marek Słodownik
  4. Samotni Francuzi - Milka Jung
  5. Idea i Gdynia górą - Mira Urbaniak
  6. Wielkie żagle, wielka przygoda - Adam Lemański
  7. Wydarzenia - Zespół
  8. Listy
  9. Regaty małych statków - Bartosz Obracaj
  10. Nogat i okolice - Jacek Kijewski
  11. Chorwackie szlaki. Trasa wielu marzeń - Igor Godlewski
  12. Alf 370, czyli cudze chwalicie - Paweł Wojna
  13. Jacht bez granic - Marta Wolska
  14. Parostatkiem w piękny rejs? - Paweł Wojna, Bogdan Małolepszy
  15. Majster radzi - Paweł Wojna
  16. Patenty, gadżety - Milka Jung, Paweł Wojna, Łukasz Dobrzyński
  17. Pieśń żeglarska w Giżycku - Marek Słodownik
  18. W sieci słowników - Milka Jung
  19. Zagadka tajemniczego slajdu - Jerzy Ozaist
  20. Polowanie na złotą polską jesień - Wiktor Sobolewski
  21. Konkurs fotograficzny
  22. Kuzyn okonia na Tałtowisku - Łukasz Dobrzyński
  23. Recenzje - Milka Jung, Jacek Kijewski, Marek Słodownik, Łukasz Dobrzyński
  24. Złamane żebro komandora - Felieton Jerzego Iwaszkiewicza

II Mistrzostwa Polski Dezet

150 kilometrów pod żaglami i na wiosłach

Drugie Mistrzostwa Polski w klasie DZ pod hasłem "Ratujmy Dezety" rozegrano w Giżycku 15 i 16 sierpnia. Całodobowe regaty ściągnęły do Ośrodka Almaturu aż 34 jachty oraz wielu kibiców. Ostatecznie wystartowało 30 jachtów, a zwyciężył WIKING należący do prywatnego armatora z Pułtuska.

Marek Słodownik

Na kilka tygodni przed startem z regat wycofał się sponsor tytularny imprezy, co groziło albo ich odwołaniem, albo drastycznym podniesieniem wpisowego. Ponieważ impreza cieszyła się wielkim zainteresowaniem, organizatorzy zdecydowali się wyłożyć własne środki finansowe, aby ratować regaty "Ratujmy Dezety". Startowały jachty w bardzo różnym stanie technicznym; od leciwych drewnianych jednostek z olinowaniem wiązanym na krawaty aż po pięknie wymuskane plastikowe kadłuby, w które nierzadko włożono bardzo wiele pracy, by osiągnęły dzisiejszy stan. Pojawiło się też sporo nowych żagli, co oznacza, że armatorzy z prawdziwym sercem podchodzą do swoich jachtów. Najwięcej braw na otwarciu zebrała załoga SŁONIA MORSKIEGO z Gliwic. Aby wystartować w regatach, przywiozła swój jacht ze Śląska pokonując ponad 700 kilometrów w jedną stronę. Ambitni ludzie z klubu Mesa planowali pozyskanie sponsora; nie wyszło, więc zrobili zrzutkę do kapelusza i jacht na Mazury przywieźli. Pomocy udzieliła firma Mirka Ociepki transportując Dezetę po kosztach paliwa. Zrobili furorę także na swoim macierzystym akwenie, a po ich powrocie do domu start w przyszłorocznych regatach zapowiadają już trzy załogi z Gliwic...
Kiedy w piątkowe popołudnie na Kisajno wypłynęło 30 jachtów, zapowiadała się twarda walka, tym bardziej że wiało bardzo silnie, a to są znakomite warunki do żeglugi dla Dezet. Po dwóch okrążeniach "po śledziu" wytyczonym naprzeciwko portu Almatur w Giżycku jachty ruszyły na trasę do Węgorzewa. Już początek regat przyniósł pierwsze rozstrzygnięcia. Na przepięknej ESKAPADZIE z KM LOK Węgorzewo pękła wanta, co skutkowało złamaniem grotmasztu i wyrwaniem ławki. Załoga zmuszona była się wycofać po kwadransie rywalizacji. Później po kolizji dwóch jachtów konieczne stało się odholowanie innej jednostki do portu, jednak ambitna załoga przesiadła się na jacht podstawiony przez naszą redakcję i mogła kontynuować regaty.
Na pełnym, silnym wietrze pierwszy jacht osiągnął punkt kontrolny w Węgorzewie już po trzech godzinach. Ale ostatnia załoga miała także trzygodzinną stratę do lidera. W prawdziwe zdumienie wprawił organizatorów jeden ze sterników, który przed mostem telefonicznie zasięgał konsultacji, pytając dramatycznie: "Jak kładzie się maszty na Dezecie?". Podpowiedź uzyskał, załoga pokonała most na Darginie bez ofiar w ludziach i sprzęcie.
Tu znajduje się galeria zdjęć z regat.

ciąg dalszy w magazynie...

powrót do początku spisu

Regaty

Parada jachtów po starcie
fot. Rolex, Daniel Forster, Carlo Borlenghi/Rolex

Rolex Fastnet Race
Do latarni i z powrotem

608-milowe Regaty Rolex Fastnet Race to jeden z klasycznych wyścigów żeglarskich, rozgrywany od 1925 roku co dwa lata na wodach południowej Anglii i Irlandii. Swą nazwę regaty wzięły od słynnej latarni Fastnet Rock leżącej na południowym brzegu Irlandii. W tym sezonie w dniach 10-15 sierpnia na starcie stanęło prawie 250 jednostek podzielonych na 20 klas.
Startowały zarówno jachty 30-metrowe jak i małe jednostki turystyczne, ale uwaga wszystkich koncentrowała się na najbardziej znanych maszynach regatowych.
W największej klasie jachtów jednokadłubowych - Super Zero - wystartowała ALFA ROMEO Nevila Crichtona, opromieniona zwycięstwami w prawie sześćdziesięciu regatach, w których dotąd startowała, oraz NOKIA CONNECTING PEOPLE, nowy 76-stopowy superjacht angielskiego armatora Charlesa Dunstona. Poza nimi do walki mógł włączyć się jeszcze ZEPHYRUS V, 86-stopowy maxi Roberta McNeila. Wystartował także TEAM PIMSIC, bardziej znany jako TEAM LEGATO z niestrudzonym Tonym Bullimorem za sterem.

Marek Słodownik

Kilka jachtów klasy Open 60 także wzięło udział w tych regatach, ale trudno powiedzieć, że byli to najlepsi żeglarze w tej klasie. Poza nimi ponad 200 jachtów, które trudno wymienić. Po starcie dość szybo uformowała się czołówka złożona z najszybszych jachtów klasy Super Zero i wiadomo było, że to pomiędzy nimi rozegra się walka o zwycięstwo w wyścigu. ALFA ROMEO szła najostrzej, ale w ślad za nią posuwał się ZEPHYRUS V. Wprawdzie wiatr był za słaby na ustanawianie rekordów, ale walka była emocjonująca, ponieważ jachty płynęły w zasięgu wzroku. Na półmetku, przy latarni Fastnet, pierwsza była ALFA, ale ZEPHYRUS zaledwie godzinę później. Do walki włączyła się NOKIA, a reszta rywali daleko. Teraz już pozostał odcinek z wiatrem do Kornwalii, a stamtąd do Plymouth. Na wszystkich jachtach postawiono spinakery, zaczęła się jazda na krawędzi ryzyka.

Zwycięzca regat przy latarni Fastnet Rock

ciąg dalszy w magazynie...

powrót do początku spisu

Regaty

Wielki przegrany - Alain Gautier
fot. MARMARA/BOUCHON/VALERON - LE FIGARO

Samotni Francuzi

Na starcie stanęło 6 zwycięzców z poprzednich lat, 2 triumfatorów Vendée Globe, 7 tych, co opłynęli świat dookoła, 3 uczestników Jules Verne Trophy. Faworytami byli obyci w tej imprezie zwycięzcy z ubiegłych sezonów - Kito de Pavant (2002), Eric Drouglazet (2001), Pascal Bidgeorry (2000). Jeśli chodzi o gwiazdy - Mich Desjoyeaux wygrał 2 razy (w 1992 i w 1998 roku). Później zmienił kaliber i wygrał Route du Rhum i Vendée Globe (2002 i 2001). Alain Gautier wygrał w 1989 roku, udział brał 14 razy (ostatnio w 1996). Loick Peyron ścigał się 3 razy, ale na podium nie stanął ani razu.

Milka Jung

Jedna z dwóch kobiet w wyścigu - Brytyjka Sam Davies na jachcie SKANDIA
fot. JACQUES VAPILLON/OFFSHORE CHALLENGES

Solitaire du Figaro to dla każdego żeglującego Francuza marzenie życia. Samotny wyścig etapowy, na małych jachtach - od tego roku monotypowych Figaro Beneteau2 - stanowi przepustkę do wielkiego świata żeglarstwa. Najsłynniejszy i chyba najtrudniejszy z wyścigów rozgrywanych we Francji - po raz kolejny na finiszu przyniósł niespodziankę. Skład na podium po raz kolejny potwierdza jedynie regułę, że w tych regatach do samego końca wszystko może się wydarzyć, a wielcy stają do walki na takich samych warunkach jak cała reszta. Za 26-letnim Armelem Le Cléac'h - Alain Gautier i Michel Desjoyeaux. Loick Peyron - szósty. Po 400-milowym wyścigu przez Biskaje na mecie pierwszego etapu zameldowa ł się po 3 dniach wyczerpany Yann Elies (GROUPE GÉNÉRALI ASSURANCES) - zostając faworytem wyścigu. Drugi etap - zakończony 8 sierpnia w La Rochelle - wygrał Armel Le Cléac'h (CRÉALINE). Zaraz za nim (12 minut) pojawił się na mecie Michel Desjoyeaux (GÉANT). Trzeci był Erwan Tabarly (THALES). W klasyfikacji generalnej prowadził zwycięzca pierwszego etapu Yann Elies, za nim Armel Le Cléac'h i Alain Gautier. Do trzeciego etapu w pięknym stylu ruszyła Sam Davies (SKANDIA), która na starcie wyprzedziła wszystkich. Zwycięzcą trzeciego etapu regat z metą w irlandzkim porcie Dingle został Alain Gautier (FONCIA). Zmęczenie coraz bardziej zaczynało dawać się we znaki, tym bardziej że tegoroczny wyścig rozgrywano przy wyjątkowo kapryśnych wiatrach. Ponadto wybrzeże Bretanii i kanał La Manche to okolice, gdzie nieustannie trzeba pilnować bardzo silnych prądów i pływów. Podczas średnio 90-godzinnych etapów nie da się właściwie spać.

ciąg dalszy w magazynie...

powrót do początku spisu

Regaty

Idea i Gdynia górą

345 zawodników z Białorusi, Czech, Litwy, Niemiec, Słowacji, Szwecji, Ukrainy, Węgier i Polski rywalizowało w tegorocznym Pucharze Świata Idea Gdynia Sailing Days, rozegranym już po raz czwarty.

Mira Urbaniak
fot. Bartosz Modelski

Zawodnicy wystartowali nie tylko w klasach olimpijskich, ale również w klasie jachtów morskich IMS, narodowej klasie 730 i przygotowawczej Splash. O Puchar Europy Jachtów Sterowanych Radiem w klasie Marblehead walczyli modelarze, a w Mistrzostwach Polski załogi klas: Tornado, Finn, 49er oraz Splash. Można było oglądać także dawną klasę olimpijską Flying Dutchman (Latający Holender). Walczono na akwenach regatowych: IDEA, SKODA AUTO, TVP, CITYBOARD MEDIA, VBW CLIMA, tradycyjnie przypisanych sponsorom imprezy. Zawiodło - bo nie przybyło, paru czołowych zawodników, także z zagranicy. Nie zawiodły: pogoda, pula nagród - około 200 tys. złotych i gdyńscy żeglarze, do których niewątpliwie należała ta edycja Pucharu.
Najszybciej zmagania pucharowe zakończyła klasa Tornado, w której walka o pierwsze miejsce odbywała się do ostatniego biegu. Mistrzami kraju i zwycięzcami w Pucharze, mimo zerwanego trapezu, wywrotki i nieukończenia jednego wyścigu, zostali Adam Skomski i Marek Gałkiewicz z YK Stal Gdynia.
Bezkonkurencyjny w klasie Laser był Maciej Grabowski, także gdynianin, choć obecnie żeglujący w barwach SKŻ Hestia Sopot. Był bardzo zadowolony ze swojego startu w Pucharze, wygrał 8 z 12 wyścigów, choć żałował, że nie miał okazji rywalizować w Gdyni z najlepszymi w swojej klasie.
W zaciętej walce pokonali konkurentów z Białorusi i Ukrainy Rafał Sawicki i Paweł Nowakowski z YKP Gdynia, zwyciężając w klasie 470. A załoga z tego samego klubu: Marcin Czajkowski i Krzysztof Kierkowski zdobyła mistrzostwo Polski i pierwsze miejsce w Pucharze w klasie 49er. Młodzi gdynianie wygrali z utytułowaną załogą Paweł Kacprowski i Paweł Kuźmicki, z którą od stycznia przygotowują się do mistrzostw świata. Do oficjalnych trofeów Marcin i Krzysiek dołączyli jeszcze dużą porcję lodów, o którą założyli się z "Kacprami" przed jednym z wyścigów i... wygrali.
Swoją pozycję najlepszego finnisty potwierdził Mateusz Kusznierewicz, zdobywając po raz dziesiąty, a dziewiąty z rzędu, mistrzostwo Polski. Za plecami pozostawił braci: Wacława i Rafała Szukielów, a podczas imprezy zapowiedział, że być może po Igrzyskach Olimpijskich w Atenach zamieni Finna na Stara.
Wśród mężczyzn w klasie Mistral triumfował Piotr Myszka z gdańskiego AWF AZS, który pokonał lidera rankingu światowego ISAF Maxima Oberemko z Ukrainy, a wśród kobiet Anna Graczyk z SKŻ Hestia Sopot. Tytuł najlepszej żeglarki w klasie Europa zdobyła Weronika Glinkiewicz z Posnanii Poznań.
Fanów, a zwłaszcza fanki żeglarstwa zelektryzowała informacja, że w klasie 730, na jachcie VOLKSWAGEN PASSAT, ze sternikiem Robertem Janeckim i Romanem Paszke w załodze, ścigać się będzie znany aktor Paweł Deląg.

ciąg dalszy w magazynie...

powrót do początku spisu

Regaty

Regaty małych statków

Nagrodą specjalną był start w lokalnych regatach przedstawicieli załogi
BÜFFELA, fot. B. Obracaj

Głębokości na sondzie spadają z 10 do 5, 3, 2 metrów. Nie ma wątpliwości, że z prędkością 7 węzłów i postawionym spinakerem idziemy prosto w mieliznę. Zmieniamy kurs ostro w lewo, bez zmiany żagli. Sytuacja jeszcze się pogarsza - w krytycznym momencie pod kilem mamy tylko 40 centymetrów.

Bartosz Obracaj

Wczesną wiosną dowiadujemy się, że nasz jacht jest zbyt mały, byśmy mogli wziąć udział w rozpoczynających się w Gdyni regatach Cutty Sark - Tall Ships Race. W zamian organizatorzy proponują rywalizację w Small Ships' Race, siostrzanej imprezie przeznaczonej dla mniejszych jednostek. Tylko, że start jest odrobinę dalej. W Anglii...
Regaty ruszają na początku lipca
z Ipswich na wschodnim wybrzeżu Wielkiej Brytanii. Finisz ponad dwustumilowej trasy planowany jest w holenderskim Delfzijl i ma się zbiec w czasie z "Festiwalem siedmiu mórz - DelfSail", największym w tym roku na Morzu Północnym zlotem wielkich żaglowców. Zdajemy sobie sprawę z trudności - konkretny termin naszego dopłynięcia na odległy start, niełatwa trasa oraz bardzo rygorystyczne wymagania dotyczące wyposażenia jachtu w środki bezpieczeństwa. Do dyspozycji mamy tylko jeden atut - szybki i dzielny jacht. Wspólnie z Darkiem Zielskim - armatorem BÜFFELA - podejmujemy decyzję: płyniemy!
Od tej chwili przygotowania do rejsu idą już pełną parą. Kompletujemy wymagany przez organizatorów sprzęt: radiopławę, UKF-kę, osobiste środki ratunkowe... Dopiero kilka dni przed planowanym wypłynięciem jesteśmy w 100% gotowi. Jeszcze kosmetyka jachtu w Górkach i następnego dnia rano możemy wychodzić. Prognoza jest jednak bezlitosna: rusza zachodni sztorm. Musimy zaczekać aż odpuści.
Jak nie w ciszy, to pod wiatr...
Wychodzimy z Górek w środę, 25 czerwca. Start do regat odbędzie się 7 lipca, jednak zgodnie z regulaminem imprezy, na miejscu musimy być najpóźniej dzień wcześniej. Mamy więc 11 dni na dotarcie do Anglii. Przy sprzyjającej pogodzie i bez awarii wszystko powinno się udać. Oznacza to jednak, że dla nas regaty zaczynają się już teraz.
Do Bornholmu szczęście nam dopisuje. Początkowo przeciwny wiatr na Zatoce korzystnie odkręca i bez problemów "połykamy" kolejne mile. W pobliżu wyspy stawiamy spinakera - to jest pierwsza próba opanowania tego żagla przez nową załogę. "Zapala" bez problemów, prędkość jachtu rośnie. Kilka chwil później, dla równowagi, prędkość wiatru spada do zera. Po godzinie słabe podmuchy pozwalają nam przesunąć się o dalszych kilka mil. Niestety, po kilku godzinach wiatr zamiera zupełnie. Liczyliśmy się raczej ze sztormowymi wiatrami, a tutaj "cisza absolutna".
Nie mając innego wyjścia Kilonię osiągamy na silniku. Dotarcie tutaj zajmuje nam trzy i pół doby - mieścimy się "na styk" w założonym harmonogramie.
Konieczność zakupu niedostępnych w Polsce map zmusza nas do dłuższego postoju. Spokojna z reguły marina w Holtenau tym razem o mały włos nie staje się ostatnim portem naszej wyprawy. Po południu, wychodząca ze śluz na pełnej szybkości (!) policyjna motorówka wywołuje olbrzymie zafalowanie. Szczęśliwie jesteśmy akurat na jachcie i własnymi rękami chronimy BÜFFELA przed rozbiciem o betonowe słupy nabrzeża. Drewniany jacht obok nie ma tyle szczęścia; jego uszkodzenia są dużo poważniejsze niż nasze. Robi się awantura, ktoś wzywa policję. Po godzinie mamy na pokładzie policyjnego eksperta. Przeprasza, robi zdjęcia i wystawia zaświadczenie dla polskiego ubezpieczyciela - to ich wina i w związku z tym pokrywają kwoty przyszłego odszkodowania. Wolimy sobie nie wyobrażać jak wyglądałaby podobna operacja u nas w kraju.
Z powodu późnego śluzowania Kanał Kiloński pokonujemy na raty, z postojem na spokojnym kotwicowisku Flemhuder. We wtorek 1 lipca wychodzimy z wysoką wodą na Łabę. Do startu pozostaje 6 dni.

Po regatach. Marina w Delfizijl
fot. B. Obracaj

ciąg dalszy w magazynie...

powrót do początku spisu

Konstrukcje

Napędzany i sterowany potężnym silnikiem zmienia się
w motorówkę

Jacht bez granic

Coraz chętniej jeziorowi żeglarze wypuszczają się na morskie wody. Przyczynia się do tego nie tylko liberalizacja przepisów, ale także dostęp do jednostek pozwalających nawet mało doświadczonym żeglarzom na wygodną i bezpieczną żeglugę, takich jak Odin 820 Classic.

Marta Wolska

Jest to jacht przeznaczony do pływania zarówno po jeziorach jak i wodach przybrzeżnych. Jednostka produkowana jest przez stocznię Odin Yachten Polska Sp. z o. o. - firmę z Tomaszowa Mazowieckiego. Ponad 8-metrowy kadłub i pokład wykonane są z żywic poliestrowych, ręcznie laminowane. Stateczność jachtu stabilizowana jest przez miecz uchylny (25 lub 72 kg), a zastosowanie balastu wodnego (780 l.) umożliwia szybkie i bezpieczne żeglowanie.
Podwójny ster wykonany został z laminatu. Specjalnie wzmocniona pawęż przystosowana jest do montażu silnika zaburtowego o mocy do 75 KM, dzięki czemu jednostkę o napędzie żaglowym można szybko zamienić w jacht motorowy. W zależności od upodobań zbiornik paliwa może być stacjonarny bądź przenośny. Istnieje do niego łatwy dostęp z platformy kąpielowej. W kokpicie znajdują się uchylne siedzenia, dwie duże bakisty i przede wszystkim stanowisko sterowe z kołem sterowym (ukłon dla żeglujących po morzu). Pokład pokryty jest powierzchniami przeciwpoślizgowymi. Jednostka wyposażona jest w kosz dziobowy i rufowy, reling morski, a także drabinkę rufową. Wewnątrz wysokość kajuty wynosi 1,80 m, dla niektórych nie będzie więc wysokością zbyt komfortową. W dziobie znajduje się duża - ponad 2-metrowej długości - koja. Koja rufowa ma wymiary ok. 2x2 m. Łącznie wystarczy miejsca do spania dla 6 osób. Światło do wewnątrz dostaje się przez sześć okien, w tym 4 otwierane, a także suwklapę i dzieloną sztorcklapę oraz forklapę wykonane ze szkła akrylowego. Wieczorem światło zapewnia instalacja elektryczna i pięć lamp stanowiących oświetlenie salonu i toalety.
Wkładka denna i sufitowa wykonane są z żywic poliestrowych, ściany kajuty wyklejone są tkaniną, a meble wykonane z drewna i sklejki dębowej. Podłoga ma powierzchnie przeciwpoślizgowe.
Kambuz wyposażony jest w zlewozmywak, kran z elektryczną pompką, a także zbiorniki na czystą i brudną wodę. W wyposażeniu standardowym nie ma kuchenki, ale może ona być zamontowana na życzenie klienta.

ciąg dalszy w magazynie...

powrót do początku spisu

Konstrukcje

Parostatkiem w piękny rejs?

Czy powrócą na Wisłę dawne parowce? Czy malownicze wody Odry i dzikie tereny międzyodrza będzie można przemierzać jak za dawnych lat? Jest to bardzo prawdopodobne...

Paweł Wojna, Bogdan Małolepszy

Żegluga po śródlądowych drogach wodnych i większych akwenach wód osłoniętych zaczyna być coraz bardziej doceniana jako jedna z wielu atrakcji uprzyjemniających letni wypoczynek związany z wodą. Z roku na rok zaczyna pojawiać się na tych wodach coraz więcej jednostek białej floty z kompletami pasażerów. Ich armatorzy robią wszystko, by sprostać narastającej konkurencji i uatrakcyjnić swoją ofertę.
Jednym z takich sposobów jest powrót do tradycji, do czasów, kiedy to na wielkich rzekach całego świata powszechnie spotykało się duże parowe statki z napędem łopatkowym – tylno- lub bocznokołowce. Niejednokrotnie był to jedyny sposób transportowania ludzi i towarów z głębi lądu na wybrzeże.
W tych czasach taką arterią komunikacyjną była np. rzeka Murray w Australii czy Missisipi w USA. Niektóre z tych statków starannie odbudowane pełnią dziś rolę jednostek turystycznych, inne atrakcyjnych restauracji.
W Polsce całkiem niedawno zupełnie niezauważenie minęła 150 rocznica utworzenia regularnej żeglugi na Wiśle. W 1848 roku do akcji mechanizacji wiślanej żeglugi do Polaków dołączyli Francuzi. Powstała firma "Andrzej hr. Zamoyski i Spółka", w której kierownikiem technicznym został Ludwik Guibert. Stworzono regularne linie żeglugowe z Warszawy do Włocławka, Tczewa, Gdańska i w górę rzeki do Puław i Sandomierza. W okresie letnim panował na nich taki ruch, że bilety trzeba było kupować z kilkudniowym wyprzedzeniem.
Czy powrócą na Wisłę dawne parowce? Czy po wstąpieniu do UE malownicze wody Odry i dzikie tereny międzyodrza będzie można przemierzać jak za dawnych lat? Jest to bardzo prawdopodobne i wydaje się, że jesteśmy do tego przygotowani. Rodzimy konstruktor z Konina Bogdan Małolepszy (uznany za granicą za projekty niektórych swoich statków), jak gdyby uprzedzając bieg wydarzeń, zaprojektował dwie napędzane łopatkami kół jednostki parowe, które już niedługo pojawią się na naszych wodach.
Za stosowaniem takiego napędu przemawia kilka ważnych argumentów. Przeciążalność silnika spalinowego nie przekracza zwykle 10%, podczas gdy maszynę parową można przeciążyć do 100%, o ile dysponuje odpowiednio wydajnym kotłem zasilanym np. olejem opałowym, skądinąd prawie nie wytwarzającym dymu. Taka rezerwa mocy jest szczególnie potrzebna w przypadku znoszenia statku na mieliznę przez prąd lub silny wiatr czy podczas ściągania jednostki, która na niej osiadła. Duży komfort podróżowania - maszyna parowa jest relatywnie cichsza od silników spalinowych. Na płytkich rzekach i rozlewiskach sprawność śruby jest mniejsza niż kół łopatkowych. Jest oczywiste, że projektując dziś statek pasażerski należałoby przewidzieć dla niego nowoczesny szybkobieżny silnik na parę przegrzaną, z przekładnią redukującą obroty na wale kół łopatkowych.

ciąg dalszy w magazynie...

powrót do początku spisu

Majster radzi

Łódka po sezonie

Paweł Wojna

Jesień idzie, a z nią zbliża się czas wyciągnięcia łódki z wody i przygotowania jej do zimowania. W okolicach wszystkich akwenów znajdują się liczne firmy oferujące zimowanie jachtów. Część armatorów korzysta z takich usług oszczędzając sobie transportu do domu czy to drogą lądową, czy wodną. Ci, którzy pozostawiają jacht na Mazurach lub Jezioraku, płacą od 400 do 600 zł. za zimowanie pod plandeką lub od 500 do 1000 zł. za zimowanie pod dachem. Cena ta obejmuje wyciągnięcie i wodowanie jednostki. Transport łódki do domu nie zawsze jest tańszy. Jeśli nie mamy własnej przyczepy podłodziowej, zapłacimy od 100 do 200 zł za dobę w wypożyczalni przyczep plus koszty paliwa i czas trwania operacji.
Jeśli zdecydujemy się spłynąć z Mazur do Warszawy Pisą i Narwią, oprócz przeżycia pięknej wycieczki i wielu wrażeń (zwłaszcza przy obecnym stanie wody) zaoszczędzimy trochę kosztów, pod warunkiem, że większość trasy przebędziemy na żaglach i pychu. Czas podróży 3 - 4 dni. Niewiele zaoszczędzimy jednak prowadząc łódź tą samą drogą na wiosnę. Koszt paliwa do silnika ok. 5 KM w żegludze pod prąd wyniesie ok. 300 zł. Czas podróży minimum 4 dni. Niezależnie jednak od tego, gdzie nasz jacht zimuje, nie unikniemy przyjemności przygotowania go do tego. Warto zaraz po wyciągnięciu jachtu z wody poświęcić mu kilka godzin, bo później ewentualne usuwanie zaniedbanych szkód może pochłonąć znacznie więcej czasu i energii.
Zakładając, że jacht nie wymaga kapitalnego remontu, należy pamiętać o kilku czynnościach, które sprawią, że pozostanie on w dobrej kondycji w przyszłym sezonie.
Kadłub
Bezpośrednio po wyciągnięciu łódki z wody należy starannie umyć dno, burty, pokład i płetwy. Możemy do tego użyć wody pod dużym ciśnieniem wytwarzanym przez urządzenie potocznie zwane "karcherem" lub szczotki, szmaty i czystej wody z dodatkiem środka czyszczącego przeznaczonego do jachtów. Nie używamy detergentów typu "cif" stosowanych w gospodarstwie domowym do szorowania wanny czy zlewu - są zbyt szorstkie i niszczą powierzchnię żelkotu.

ciąg dalszy w magazynie...

powrót do początku spisu

Festiwale, koncerty

Pieśń żeglarska w Giżycku

Giżycka plaża zatętniła 23 sierpnia życiem za przyczyną wielkiego koncertu pieśni żeglarskiej, w którym wystąpiła cała niemal czołówka tego gatunku. Sponsorem był PKN ORLEN, a bezpośrednią okazją promocja płyty "Stary bar na Woolwich Road".

Marek Słodownik

Autorem tekstów na płycie jest kapitan Franciszek Haber, muzykę zaś skomponowali twórcy obecni na koncercie. Ale prezentowano nie tylko utwory z płyty, muzycy przypomnieli najbardziej znane przeboje żeglarskie ku radości widzów śpiewających wraz z wykonawcami. Wystąpiły "Stare Dzwony", "DNA', "Gdańska Formacja Szantowa", "Zejman i Garkumpel", "Ryczące Dwudziestki", "Smugglers", "EKT Gdynia".
Jurek Prębski i "Stare Dzwony" przypomnieli
największe przeboje
fot. MS
Było to niezwykłe widowisko plenerowe; dynamiczne, bardzo sprawnie poprowadzone przez Mirka "Kowala" Kowalewskiego. Nie było czasu na nudę, a wszystko przygotowane było jak należy. Organizatorem była Stanica Wodna Kietlice i Urząd Miasta w Giżycku, a producentem wykonawczym Agencja Triada z Warszawy.
Techniczna strona koncertu to majstersztyk - znakomita scenografia, efektowne pokazy laserów, oryginalne efekty przy wykorzystaniu kurtyny wodnej, widać było w tym wszystkim pomysł inscenizacyjny i rzetelną pracę. Jak stwierdził jeden z organizatorów, w przygotowanie koncertu zaangażowanych było prawie 150 osób w tym wykonawcy, oświetleniowcy, akustycy, realizatorzy, zespół techniczny. Zaskoczyła bardzo liczna frekwencja; na plażę przybyło kilka tysięcy widzów, którzy doskonale się bawili. Kto natomiast stracił okazję uczestniczenia w koncercie, mógł jego fragmenty zobaczyć w Telewizyjnej "Dwójce", bowiem całość była rejestrowana.
Oby więcej takich imprez, nie tylko w Giżycku.

powrót do początku spisu

Recenzje

Uczta dla miłośników szant

"Stary bar na Woolwich Road" to płyta nagrana przez czołówkę naszego pieśniarstwa szantowego. Wspólnym mianownikiem są teksty Franciszka Habera, żeglującego poety, który od lat pisze znakomite teksty piosenek, ale również wiersze publikowane w kolejnych tomikach. Muzykę napisali twórcy znani ze swych dokonań w innych zespołach, ale mimo to nie mamy wrażenia, że płyta jest eklektyczna. Ciekawostką są dwie wersje utworu "Lina szorstka", którym ostateczne szlify nadali Jan Wydra i Marek Szurawski. Płyta ma znakomite brzmienie, precyzyjnie zgrany materiał i przede wszystkim niepowtarzalny klimat pieśni. Można jej wróżyć wielkie rynkowe powodzenie. A tytułowy utwór to przebój, który wkrótce może zdetronizować najbardziej popularne megahity naszej pieśni żeglarskiej. Płytę wydał PKN ORLEN, co jest pewnym nowum na naszym rynku, a jej dystrybucja będzie odbywała się w ramach Programu Vitay. A zatem tankujmy i zdobywajmy płytę.
MS

Tam, gdzie włada zły duch

Książka lekka, łatwa i przyjemna - na długie jesienne i zimowe wieczory. Autor, urodzony w Polsce i mieszkający w Kanadzie, po kolei opowiada o tym, jak zrobił nieduży, ale solidny jacht ze... skrzynek po winogronach, a potem popłynął nim w jeden z najmniej gościnnych żeglarsko rejonów - na Zatokę Jamesa i Zatokę Hudsona na północy Kanady, gdzie przed nim zapuszczali się jedynie traperzy. Sama zresztą zatoka wzięła swoją nazwę od buntu na barku DISCOVERY w 1611 roku, kiedy to po zimowaniu w lodach zatoki załoga zmusiła kapitana Henry Hudsona i kilku wiernych mu marynarzy do opuszczenia statku w szalupie, bez jedzenia i z dwoma muszkietami na pokładzie.
BRYZA była drugim jachtem we współczesnych czasach, jaki pokazał się na tych wrogich żeglarzom wodach, a jego kapitan opisał z humorem wyprawę, na jaką wyruszył - i z której udało mu się powrócić, pomimo licznych psikusów płatanych przez Złego Ducha Zatoki... Autorowi wybaczamy pewne niezręczności językowe - choć tak szacowne wydawnictwo jak KiW powinno zadbać o lepszą korektę.
MJ
Les Dmowski, "Zły Duch Zatoki Jamesa", Wyd. Książka i Wiedza, Warszawa 2002. Stron 331, cena 32 zł

Przedłużony urlop

Tym razem Les Dmowski zabiera nas w podróż na cieplejsze wody - oczywiście jachtem. Swoją maleńką PLAMKĄ w 1965 roku we dwoje przepłynęli z Adriatyku do Izraela, oczywiście bez paszportów, bo mieli jedynie wkładki w dowodach uprawniające do spędzenia urlopu w Jugosławii, który się nieco przedłużył z powodu marzeń o spędzeniu zimy tam, gdzie rosną pomarańcze...
Dzięki pomocy komendanta policji portowej w Hajfie znajdują miejsce do pracy i zimowania jachtu - kibuc Rosh Hankira.
Jesteśmy świadkami wielu przygód. Więc jeśli ktoś w jesienny wieczór marzy o pomarańczach - do lektury!
MJ
Les Dmowski, "Żeglarz w Ziemi Świętej", wyd. Z-G., Warszawa 2004 Stron 208

ciąg dalszy w magazynie...

powrót do początku spisu

Felieton nawietrzny

Złamane żebro komandora

Jerzy Iwaszkiewicz

Na Śniardwach zawiało i natychmiast zrobiła się fala. Tak tu jest. Na tym płytkim jeziorze w kilka minut robi się koniec świata. Na pełnej szybkości rąbnęło o brzeg Tango Family. Nie potrafili zrzucić foka i wyciągnęło ich na brzeg. Na pokładzie było sześć osób, z których żadna nie miała pojęcia o żeglowaniu. Nie wiedzieli nawet, co to jest fał foka, a jak go w końcu odknagowali, to puścili, poleciał do góry i trzeba było kłaść maszt.
O niczym nie mieli pojęcia, ani o tym, że trzeba podnieść miecz, ani o tym, co się robi z płetwą sterową. Biegali po pokładzie nic nie wiedząc. Pomogliśmy im ustawić łódkę do wiatru i zrobić porządek. Coraz więcej pojawia się na jeziorach łódek prowadzonych przez ludzi, którzy nie mają o tym pojęcia. Ci na Śniardwach najpierw chcieli postawić nam honorowo pół litra za pomoc, a potem przyznali, że są pierwszy raz na wodzie. Poszli do wypożyczalni, zapłacili, dostali jacht i nikt nie pytał ich o patent. Stało się to regułą, klientów jest mało, więc wypożyczalnie liczą tylko kasę, a nie liczą, że narażaj ą ludzi i formalnie są za to odpowiedzialne. W wypożyczalni samochodów nikt nie da auta przed sprawdzeniem prawa jazdy, a na wodzie staje się to regułą. Goni się pieniądz za wszelką cenę.
A działo się to wszystko na Niedźwiedzim Rogu. Parę osób złożyło się, wybudowano tu główkę i mały port, ale zaraz powiesili łańcuch z napisem "Teren prywatny", aby nikt obcy przypadkiem nie wpłynął. Tak być nie może, brzeg zgodnie z prawem musi być otwarty dla wszystkich, aby też mogli się uratować. Miły pan, współwłaściciel portu, opuścił w końcu łańcuch, bo nie mógł patrzeć, jak jacht rozbija się o brzeg.

ciąg dalszy w magazynie...

powrót do początku spisu