Spis treści, archiwum 11/2003

strona główna archiwum

nr
strony


  1. Rewanż za Puchar AMERYKI - Marek Słodownik
  2. Morskie Mistrzostwa Polski - Bartosz Obracaj
  3. Tranasat 6,50, czyli zabawa dla wariatów - Milka Jung
  4. Wielka klasa Mini - Z Patrickiem Benoitonem rozmawia Marek Słodownik
  5. Wydarzenia - Zespół
  6. Było wiele akcji ratunkowych - Marcin Bank, Anna Pałuszyńska
  7. Regaty żeglarskich gwiazd - Marek Słodownik
  8. Czarter zagrażający życiu - Mieczysław Krause
  9. W damskim towarzystwie na Islandię - Anna Zabłocka - Kluczka
  10. VI:TA znaczy wiele talentów - Paweł Wojna
  11. Nowy wiatr w żaglach BAVARII - Paweł Wojna
  12. "Hybryda" Arctic Blu 27 - Paweł Wojna
  13. Tkaniny różnego przeznaczenia - Andrzej Kiełsznia
  14. Mała motorowa flota "made in Poland" - Paweł Wojna
  15. Spalinowe miniatury - Paweł Wojna
  16. Majster radzi - Paweł Wojna
  17. Patenty, gadżety - Paweł Wojna
  18. Szlaban na suma - Łukasz Dobrzyński
  19. Rejs po internecie - Milka Jung
  20. Recenzje - Milka Jung, Paweł Wojna, Łukasz Dobrzyński
  21. Panienki jechały ochoczo - Felieton Jerzego Iwaszkiewicza

Regaty

Wielkie emocje na zatoce San Francisco.
fot. Bob Greser

Rewanż za Puchar AMERYKI

Moët Cup - regaty jachtów klasy IACC rozgrywane na Zatoce San Francisco to impreza wymyślona na potrzeby popularyzacji najbardziej zaawansowanej technologicznie klas dla jachtów we współczesnym żeglarstwie. Nie chodziło tym razem o wielki prestiż i finansowe profity - na zachodnim wybrzeżu pojedynek na wodzie wyznaczyły sobie dwie wielkie osobowości świata żagli, dla których żeglarstwo to sposób na życie.

Marek Słodownik

Ten pojedynek zapowiadano jako rewanż za finał Pucharu Pretendentów ostatniej edycji eliminacji do Pucharu AMERYKI. Naprzeciwko siebie stanęły dwa zespoły, które podczas pamiętnej batalii z Auckland uchodziły za niekwestionowanych faworytów. Niestety, wtedy los zetknął obu rywali przedwcześnie. Właśnie pojedynek zespołu amerykańskiego i szwajcarskiego był wówczas ozdobą eliminacji. Po zaciętym, pełnym wspaniałych zagrywek taktycznych meczu wówczas nieznacznie wygrali Szwajcarzy spod znaku ALINGHI.
Wkrótce po zakończeniu tamtej edycji Pucharu AMERYKI zespół ORACLE wyzwał na pojedynek zdobywcę najcenniejszego z pucharów, zespół ALINGHI.
I machina ruszyła od nowa...
Ernesto Bertarelli, sponsorujący zespół ALINGHI, i Larry Elison, właściciel ORACLE wyznaczyli sobie pojedynek na połowę września w San Franciso. Ale pojedynek na wodzie miał tym razem inną formułę. Rywalizowano równolegle w regatach profesjonalnych skipperów oraz w kategorii właścicieli, kiedy to oni stanęli za sterami swoich cennych jachtów. Jedno z miejsc na każdym jachcie było przeznaczone dla gości nie związanych bezpośrednio z regatami, były to gwiazdy filmu, sportu i lokalnego biznesu.

ciąg dalszy w magazynie...

powrót do początku spisu

Regaty

Morskie mistrzostwa Polski

Start do długiego wyścigu

Złamany maszt, groźnie wyglądająca kolizja i wymagające zmienne wiatry - nie zabrakło emocji w rozegranych w dniach 27 - 31 września w Świnoujściu Morskich Żeglarskich Mistrzostwach Polski IMS i XXVII Regatach o Puchar Gryfa Pomorskiego. Jak przystało na imprezę tej rangi, na starcie stanęła czołówka polskich żeglarzy jachtów morskich formuły pomiarowej IMS (International Measurement System).

Bartosz Obracaj, fot. Patrycja Kwas

Nasza załoga, po sukcesie w Regatach Unity Line i krótko później w Pucharze LOK w Szczecinie, przystąpiła do regat w dobrych nastrojach. Wierzyliśmy, że i tym razem SMYCZEK może nas "koncertowo" dowieźć na wysoką pozycję.
Sztorm, flauta i kontrowersyjna decyzja
Wśród 14 jachtów, które zebrały się w Basenie Północnym, z faworytów zabrakło jedynie HADARA Mariana Kuli. W tej sytuacji Trójmiasto reprezentowała tylko mocna ekipa DUŻEGO PTAKA (Mantra 31) prowadzona przez Krzysztofa Paula.
Gdańszczanie byli obrońcami tytułu Mistrza Polski IMS sprzed roku i wiadomo było, że również w tegorocznej rywalizacji będą walczyć o najlepsze miejsca. Dla nich bezpośrednim rywalem był ZOLTAR druga duża Mantra z Piotrem Szklarzem w roli skippera. Jachty te, jako większe i szybsze, powinny startować w odrębnej klasie, tym razem jednak imprezę zdominowały głównie mniejsze Mantry 7000 i zdecydowano o połączeniu wszystkich jachtów w jedną klasę. Logiczna skądinąd decyzja okazała się mieć fatalne skutki dla większości uczestników.
Zaplanowany na pierwszy dzień imprezy długi wyścig, będący jednocześnie walką o Puchar Gryfa Pomorskiego, z powodu sztormu dochodzącego do 90B został odwołany i przeniesiony na dzień następny. Mimo niepomyślnych prognoz, wiatr tego dnia na szczęście ustąpił i o 0930 ruszyliśmy do 35-milowego wyścigu. Rześki wiatr na starcie dawał szansę na szybkie pokonanie trasy, nikt więc nie obawiał się nietypowej przy długich wyścigach decyzji Sędziego Głównego wprowadzającej limit czasu na godzinę 2030.

ciąg dalszy w magazynie...

powrót do początku spisu

TRANSAT 6,50 czyli zabawa dla wariatów

Regaty Transat 6,50 Charente-Maritime, wcześniej rozgrywane pod nazwą Mini Transat, to odbywający się co dwa lata wyścig uważany za zabawę dla wariatów. No bo kto przy zdrowych zmysłach będzie pływał na jachcie 6,5 metra przez Atlantyk, w samotnym rejsie, i do tego próbował robić to jak najszybciej?

Emocje tuż po stracie - kilku kolizji nie udało się uniknąć

Milka Jung

Te regaty to jednocześnie poligon doświadczalny dla konstruktorów, których coraz więcej bierze osobiście udział w wyścigu. Bo tak samo jak trudniej jest na małej łódce pokonać ocean niż na dużej, tak samo trudniej jest zaprojektować małą niż dużą łódkę, która taki eksperyment wytrzyma. Zresztą wiele powszechnych dziś wynalazków użyto najpierw właśnie tu - salingi pokładowe, uchylny kil, balast wodny...
Sam start liczącej 70 jednostek floty został odłożony o 48 godzin z powodu ostrzeżenia o sztormie o sile do 60 węzłów. Organizatorzy nie mogli pozwolić sobie na powtórkę tego, co stało się w 1999 roku, kiedy sztorm zdziesiątkował flotę, kilku skiperów trzeba było szukać helikopterem, i przeżyli tylko dzięki sprawności hiszpańskich służb ratowniczych. Regaty Transat 6,50 odbywają się dzięki specjalnemu zezwoleniu Ministra Transportu Francji, więc aby kolejna impreza mogła się odbyć, nie należy zbytnio ryzykować na starcie regat, które same w sobie i tak są dość ryzykowne.
Liczba uczestników nie może być większa, a tegoroczne zmiany regulaminu spowodowały, że nie wszyscy mogli wystartować. Razem z flotą, ale obok, poza konkurencją, płynie Nowozelandczyk Chris Sayer. Nie został dopuszczony do regat, bo kiedy popłynął w rejs kwalifikacyjny do Nowej Zelandii, zmieniły się przepisy, i nie zdążył wrócić z jachtem na czas, aby dopełnić formalności. Więc płynie sam, tą samą trasą, nie będąc uczestnikiem regat. W nieoficjalnym rankingu przypłynął drugi na metę pierwszego etapu...
Sztorm przeszedł, flota ruszyła, ale pierwszy etap ledwo-ledwo zmieścił się w przewidzianych ramach czasowych. Wiatru raczej było mało, średnie dzienne prędkości w granicach 2 węzłów były co najmniej frustrujące. Pierwszy etap obył się bez większych awarii, jedynie na początku cztery jachty miały drobne kłopoty.

ciąg dalszy w magazynie...

powrót do początku spisu

Mazurski sezon

Było wiele akcji ratunkowych

Zaczęło się ostro, od wielu akcji ratowniczych w dni długiego majowego weekendu. Wtedy ratownicy Mazurskiego WOPR pomogli kilkudziesięciu osobom, siedem z nich trafiło do szpitala z wychłodzeniem organizmu.

Marcin Bank, Anna Pałuszyńska

W pierwszy dzień maja Mazurskie WOPR w Giżycku miało zatankowane tylko dwie łodzie, spośród szesnastu. Przyczyna - brak pieniędzy. Jednak zaraz po odebraniu pierwszych zgłoszeń szybko zwrócono się o pomoc do sponsora. Jego bezzwłoczna reakcja (przekazanie paliwa) pozwoliła wypłynąć na akweny wszystkim jednostkom. Pełne ręce roboty mieli też ratownicy z Mazurskiej Służby Ratowniczej z Okartowa, patrolujący jezioro Śniardwy.
- Sytuacja w maju była dramatyczna z powodu bardzo niskiej temperatury wody. Przecież lód zszedł z jezior dopiero w połowie kwietnia! - mówi Andrzej Chudzicki, komandor MSR w Okartowie.
- W długi weekend wiało solidnie - około 5-6 stopni w skali Beaufota, a więc prawie nie schodziliśmy z wody. Na rozpoczęcie sezonu 26 wywrotek. Zważywszy na niską temperaturę wody, każda spóźniona interwencja mogła skończyć się tragicznie.
Generalnie jednak było spokojniej - tak o ostatnim sezonie turystycznym mówią policjanci z komend powiatowych w Giżycku, Mrągowie i Piszu. Tak uważają też dowódcy wodnych służb ratowniczych na Szlaku Wielkich Jezior Mazurskich.
Skaleczenia i zawały
Ratownicy opatrywali drobne skaleczenia, szyli rany, ratowali życie w przypadkach zawałów, transportowali chorych do brzegu, gdzie oczekiwała karetka, a czasami bezpośrednio do szpitali.
W tej pracy wspierała ich też załoga wodnego pogotowia ratunkowego, stacjonująca w Mikołajkach. Wodna erka funkcjonuje już drugi sezon i jest wynikiem współpracy pomiędzy Mazurskim WOPR i Stowarzyszeniem na Rzecz Rozwoju i Bezpieczeństwa Wielkich Jezior Mazurskich ze Szczytna.
- Trzeba podkreślić, że na wodach było spokojniej, mniej było wywrotek i tym podobnych poważnych zdarzeń, ale mieliśmy dużo więcej wezwań do drobnych urazów na jachtach - podsumowuje Zbigniew Kurowicki, prezes Mazurskiego WOPR.
- To efekt uruchomienia na Mazurach telefonu ratunkowego 601 100 100. Staliśmy się dla żeglarzy ośrodkiem pierwszej pomocy w każdych kłopotach. Ale nie skarżymy się z tego powodu. Od tego jesteśmy. Reagowaliśmy na wszystkie wezwania, choć część z nich (dziesięć procent ogólnej liczby) okazała się nieuzasadniona.

W sezonie ratownicy mają pełne ręce roboty

ciąg dalszy w magazynie...

powrót do początku spisu

Historia pewnego rejsu

Czarter zagrażający życiu

Coś się kroi...

Pozostało nam 15-20 minut do rozbicia - poprosiłem o helikopter ratowniczy. Teresa przez telefon próbowała z dziećmi ostatniego pożegnania...

Mieczysław Krause

Co sądzicie o wycieczce autobusem na trzech luźnych kołach z łysymi oponami i bez hamulców, którego właściciel w ten sposób zarabia na życie? Że to niemożliwe? Otóż dokładnie w tym duchu funkcjonuje liczny, dziki polski czarter jachtów na Morzu Śródziemnym. Przeżyłem rejs takim zrujnowanym jachtem. To znaczy udało mi się ujść z życiem.
Polscy żeglarze dość powszechnie traktują Adriatyk jak jezioro. Stąd nonszalancja wobec sprzętu, kwalifikacji, praktyki morskiej. Ot, ciepło, osłonięte akweny, wiele przystani, słabe (na ogół) wiatry. Ta sielanka potrafi uśpić czujność, wyobraźnię i poczucie odpowiedzialności. Adriatyk przyciąga amatorów nie tyle żeglarskiej przygody co wczasów pod żaglem dla każdego - z dala od biurokracji i kontroli. W konsekwencji jest to wymarzony rynek dla dzikiego czarteru, wymykającego się jakiemukolwiek nadzorowi, w tym służb ratownictwa morskiego oraz policji, dysponującej zresztą np. w Chorwacji najsprawniejszym systemem łączności.
Czarterodawcy ci mają swoje ścieżki i sposoby, aby wpierw wywieźć niesprawny, pozbawiony dokumentów i nieubezpieczony jacht z kraju, a później bawić się w zawstydzającą ciuciubabkę z władzami miejscowymi i obsługą portów, unikając opłat i kontroli wyposażenia oraz wyłudzając usługi. Bez skrupułów wykorzystują nieświadomość zielonych załóg w kwestii bezpieczeństwa żeglugi i z premedytacją oraz z niechlujstwa narażają ich zdrowie i życie, byle uniknąć kosztów z tym związanych.
Jednak na taki rejs dałem się nabrać i ja, kapitan jachtowy od lat trzydziestu. Bowiem naiwnie założyłem, że facet, który zaprojektował i zbudował jacht morski oraz deklaruje staż bałtycki i 10 lat pływania po Adriatyku, wie, co czyni, zna standardy i zrobił, co trzeba, by im sprostać. Konfrontacja z rzeczywistością przekroczyła jednak wszystko, co normalny człowiek jest w stanie sobie wyobrazić.

ciąg dalszy w magazynie...

powrót do początku spisu

Nasz rejs

Morze Norweskie.
Małgosia w szelkach za sterem.
fot. B. Skut

W damskim towarzystwie na Islandię

Szczęśliwie przedostajemy się przez wąskie główki Höfn, choć kipiel w nich okrutna. Za główkami woda już gładka, ale dalej kryje w sobie niebezpieczeństwa...

Anna Zabłocka-Kluczka

"Mój Boże - same baby i do tego pchają się na koniec świata. I ja mam w tym uczestniczyć?!" - pomyślałam, kiedy Ewa zaproponowała mi udział w tym przedsięwzięciu. Wątpliwości, nieufność i... z perspektywy czasu widać, że najtrudniej było podjąć decyzję. Później już wszystkie sprawy były podporządkowane rejsowi. Załatwianie urlopu, gromadzenie pieniędzy, nawigacyjne przygotowanie podróży, zaprowiantowanie... Natłok spraw sprawił, że nagle z lutego zrobił się czerwiec i już trzeba było wyjeżdżać. Jak było?
12 czerwca 2003
Podróż samochodem do Pragi i lot do Londynu mijają błyskawicznie. Specjalny druk z macierzystego klubu (JK AZS Wrocław) szybko i bezboleśnie przeprowadza przez odprawę celno-paszportową. Zaraz potem jedziemy z Darkiem Gocałem (współwłaścicielem jachtu) do City. Pogoda zgoła nieangielska. Piękne słońce, ciepło i ani śladu tej słynnej brytyjskiej mgły.
13 - 14 czerwca
Pożyczonym od armatora jachtu samochodem wyruszamy do Wick. Im bardziej na północ, tym przyroda staje się coraz bardziej dzika. Grampiany, Góry Kaledońskie, słynne jezioro Loch Ness - aż żal, że nie możemy zatrzymać się tu na trochę dłużej. Na miejsce docieramy koło południa. A potem standard - przejęcie jachtu, pakowanie, sztauowanie jedzenia, drobne naprawy i tysiące innych spraw.
15 czerwca
O 11.50 BST oddajemy cumy i obieramy kurs na Szetlandy. Nareszcie. Dreszcz emocji na plecach, jak zawsze po rocznej przerwie.
Wieje NW 4-5. Dobra żeglarska pogoda. Testujemy samoster wiatrowy. Pierwszy raz spotykam się z takim na jachcie. Trzyma kurs, umożliwia łatwe wprowadzanie korekt, no i odciąża, co ze względu na to, że jedziemy na trzy jednoosobowe wachty ma duże znaczenie. Samotna żegluga wydaje się taka prosta... Na jachcie mamy jeszcze samoster elektroniczny. Też jestem nim zachwycona. Pomrukuje cicho coś do siebie i pewnie prowadzi jacht ustalonym kursem.

Jezioro lodowcowe Jökulsárlón. Tu kręcili Jamesa Bonda

ciąg dalszy w magazynie...

powrót do początku spisu

Żaglomistrz o żaglach

Tkaniny różnego przeznaczenia

Po przerwie wakacyjnej powracam do tematu tkanin na żagle, który poruszałem w tegorocznym "Rejsie" nr 8. Jest to bardzo istotny dla żeglarzy temat, jako że od właściwego doboru żagli zależą osiągi jachtu, a nawet bezpieczeństwo żeglugi...

Andrzej Kiełsznia

Genaker - "Ripstop spinaker
poliester" na jachcie klasy 730

W pierwszym artykule wyłożyłem krótko zasadę konstrukcji i działania tkanin żaglowych. Obecnie chcę przedstawić i krótko scharakteryzować pełen zestaw tkanin sprawdzonej firmy "Dimension-Polyant" z Niemiec, których używamy w naszej żaglowni. Tkaniny te swym zasięgiem obejmują praktycznie wszystko, co pływa pod żaglami (z wyjątkiem żagli z "formy").
Poniżej przedstawiam pierwszą z dwóch części charakterystyki tkanin żaglowych.
Tkaniny spinakerowe
1. RIPSTOP SPINNAKER NYLON
- podstawowa tkanina spinakerowa do wszelkiego typu jachtów (od 5m do 20m)
- surowiec podstawowy: nylon
- rozpiętość gramatury od 34g/m2 do 96g/m2
- ma wzmocnienia (m. in. przed rozdarciem) w postaci dodatkowej siatki z włókien ("Ripstop")
- wykończenie tkaniny typu CHS, SCN, CONSTANT
2. RIPSTOP SPINNAKER F50, F75
- przeznaczenie: od najmniejszych spinakerów do dużych spinakerów na jachtach 15 - 18m
- surowiec podstawowy: nylon
- nowa, udoskonalona tkanina spinakerowa
- rozpiętość gramatury od 22g/m2 do 32g/m2
- ma wzmocnienia typu "Ripstop" oraz zwiększoną wytrzymałość na rozciąganie
- bardzo dobre właściwości utrzymania zaprojektowanego kształtu żagla
- wykończenie tkaniny typu Formulon
3. RIPSTOP SPINNAKER POLYESTER
- zastosowanie do żagli wyczynowych dla jachtów od 5m do 20m długości
- surowiec podstawowy: poliester
- rozpiętość gramatury od 33g/m2 do 41g/m2
- tkanina spinakerowa posiadająca wyjątkowo korzystne parametry na rozciąganie
- posiada wzmocnienie przed rozdarciem typu "Ripstop"
- niska zawartość żywic stabilizujących tkaninę (dzięki bardzo dobrej charakterystyce poliestru), co daje bardzo korzystny stosunek wagi do wytrzymałości
- wykazuje znacznie większą odporność na działanie słońca i wody w stosunku do tkanin nylonowych
- bardzo niska absorpcja wody

ciąg dalszy w magazynie...

powrót do początku spisu

Konstrukcje motorowodne

Mała motorowa flota "made in Poland"

Produkowane w Polsce jachty motorowe, podobnie jak żaglowe, cieszą się powodzeniem za granicą. Należy do nich seria motorówek AM, 5-metrowych łódek przeznaczonych do pływania rekreacyjnego po śródlądziu i wodach przybrzeżnych...

Paweł Wojna

Model 550 ciągnie dwóch narciarzy

W zrasta zainteresowanie sportem motorowodnym i spędzaniem wolnego czasu na pokładzie motorówki. Jak pokazują statystyki w krajach Unii Europejskiej, ponad 10% czynnie zainteresowanych sportami i rekreacją wodną to zwolennicy motorówek. Najczęściej dosiadanymi jednostkami z tej grupy to łódki poniżej 7,5 m. Wpływ na taką właśnie długość ma z pewnością cena zakupu, koszt eksploatacji oraz wybór akwenu (najczęściej jest to śródlądzie). Polacy choć jeszcze nie w Unii, wcale nie odbiegają w tej dziedzinie od zachodnich statystyk. Około 12% pływających po naszych wodach jednostek to małe motorówki. Produkują je Niemcy, Holendrzy, Francuzi, Skandynawowie, produkujemy i my. I to niemało. Na europejskim rynku jesteśmy liczącym się dostawcą motorowych jednostek pływających. W ubiegłym roku dostarczyliśmy tylko do Niemiec 2240 motorówek, z czego 99% (2218 szt.) to łódki właśnie krótsze niż 7,5 m. Łódki używane często jeszcze kupujemy za granicą, ale chociaż zdecydowana większość rodzimej produkcji wyjeżdża z Polski, z roku na rok rośnie liczba sprzedanych jednostek na własnym rynku.

ciąg dalszy w magazynie...

powrót do początku spisu

Silniki

Yamaha ma wszystko, czego potrzeba
Honda jest najlżejsza
Johnson i Evinrude to jedno

Spalinowe miniatury

Są małe, lekkie, mieszczą się w każdym bagażniku samochodowym i większej bakiście, nie nadwyrężają również zbytnio żeglarskiej kieszeni.

Paweł Wojna

Spalinowe silniki przyczepne w najmniejszym formacie to maszynerie o mocy od 2 do 3,5 KM. Nie wymagają uprawnień. Używamy je do pontonów, łódek wędkarskich lub mniejszych jachtów, bo choć nie osiągniemy za ich pomocą dużych prędkości, to zawsze to lepsze niż wiosła.
Modele
Wszyscy producenci napędów jachtowych mają w swojej ofercie silnik mieszczący się w tym przedziale mocy. Dostępne na naszym rynku fabrykaty to: Yamaha F 2,5; Honda BF 2; Evinrude J3R; Mercury 2,5; Suzuki Dt 2,2 i Tohatsu M 2,5. Zawarta w nazwie liczba określa moc w KM.
Budowa i obsługa
Choć zbliżone do siebie mocą, różnią się jednak wieloma detalami, ważnymi przy wyborze odpowiedniego modelu do określonego celu.
Wszystkie mają jeden cylinder, pojemność skokową około 50 - 70 cm3 i z wyjątkiem Hondy chłodzone są wodą. Yamaha i Honda postawiły na spalanie w trybie czterosuwowym czyniąc krok w kierunku ekologii, pozostałe cztery oferują dwusuwy robiąc ukłon w stronę kieszeni klienta. Być może właśnie obniżanie kosztów sprawia, że niektórzy producenci rezygnują z dość istotnych dla bezpieczeństwa i wygody funkcji silnika. Johnson i Suzuki nie mają awaryjnego wyłącznika (zrywki), co szczególnie u Suzuki może mieć przykre konsekwencje zważywszy fakt, że nie ma on biegu neutralnego.
W dwusuwach Mercury, Tohatsu i Suzuki wał korbowy i wałek napędzający śrubę połączone są bezpośrednio, oznacza to, że po odpaleniu łódka natychmiast startuje. W zależności od położenia manetki z gazem może to nastąpić zbyt szybko. Yamaha, Johnson i Honda mają bieg neutralny. Wadą wszystkich tych silników jest jednak to, że zapalają przy wrzuconym biegu i nawet na pełnym gazie. Prymusem w tej klasie jest niewątpliwie Honda, posiadająca odśrodkowe sprzęgło, które dopiero przy obrotach wyższych niż minimalne przekazuje napęd na śrubę. Wszystkie silniki można obracać o 360o, nie wymagają więc biegu wstecznego. Wszystkie również posiadają blokadę uniemożliwiającą wypychanie silnika z wody podczas płynięcia do tyłu.

ciąg dalszy w magazynie...

powrót do początku spisu

Recenzje

Locja Zachodniego Morza Północnego

Locja pisana jest wg imrayowskiego schematu. Zaczyna się od ogólników, następnie uwagi o przepisach żeglugowych i celnych, potem główne trasy, systemy rozgraniczenia ruchu, światła, sygnały radiowe, prognozy pogody, wzywanie pomocy. Niektórym przyda się krótki kurs obliczania pływów, w tym rejonie dość istotnych. Morze Północne uznawane jest za akwen groźny dla żeglarzy, stąd osobny rozdział o planowaniu podróży, pogodzie i "safety". Następnie jest rozdział o trasach. Z uwagi na wielki ruch statków i inne niebezpieczeństwa, opisy pozwolą "przeskoczyć" w optymalny sposób z portu do portu. Dla wygody podany jest też średni czas potrzebny na dany etap. Dalej mamy opisy wybrzeży i portów. Podane są pływy dla poszczególnych portów (względem pływów z tablic), podejścia, plany portów, liczne zdjęcia (czarno-białe oraz wklejka ze zdjęciami w kolorze). Oczywiście podane są telefony kontaktowe, kanały wywoławcze i inne informacje. Opisy obejmują wybrzeża Norfolk, Suffolk, Essex (w tym część szlaków śródlądowych i Tamiza), Dover Strait, wybrzeża Francji i Belgii, deltę Skaldy oraz północną i zachodnią Holandię. Brakuje trochę opisów wód wewnętrznych Holandii, ale tu już trzeba kupić "Cruising guide to the Netherlands" tegoż autora.
Wydanie III z 1998 roku, w internecie dostępna korekta na kwiecień 2002 - czyni to "North Sea Passage Pilot" jedną z aktualniejszych i przydatniejszych locji tego rejonu dostępnych w Polsce.
Książka czarno-biała, plany 3-kolorowe, kolorowa wklejka ze zdjęciami. Miękka lakierowana oprawa, 195 stron.
JK
Brian Navin, "North Sea Passage Pilot". Wydawnictwo Imray, Laurie, Norie & Wilson Ltd. Książkę importuje sklep.sail-ho.pl

Profesjonalny przewodnik dla czarterujących jachty

Na listopadowych targach BOATSHOW w Łodzi swoją premierę będzie miał pierwszy polski profesjonalny filmowy przewodnik dla czarterujących jachty w Chorwacji (na CD). Zwiastun dostarczony do naszej redakcji jest bardzo obiecujący - liczymy na to, że pełna wersja filmu spełni oczekiwania i nasze i wszystkich czarterujących jachty na Adriatyku.
MJ
"Chorwacja. Profesjonalny przewodnik dla czarterujących jachty", wyd. SunYacht

Piraci, Karaiby - wszystko, jak być powinno

Film powstał w wytwórni Disneya, więc można było obawiać się, że zobaczymy przesłodzoną historyjkę z morałem. Jednak wszystko tu jest na miejscu. Niewątpliwie klasyka gatunku - kolorowego, kostiumowego, awanturniczego kina, które ogląda się z przyjemnością. Jest więc gubernator pewnej wyspy oraz jego piękna córka, jest brytyjski oficer, jest chłopiec uratowany z katastrofy morskiej, jest pechowy dość pirat i klątwa azteckich bogów. Pirat grany przez Johnny Deppa pojawia się na ekranie z fasonem, dwa razy unika szubienicy i dwa razy ucieka z bezludnej wyspy, na której porzucają go kompani. Chłopiec wyłowiony z morza dorasta i okazuje się synem słynnego pirata. Córka gubernatora unika małżeństwa z bezdusznym oficerem i wszystko dobrze się kończy. A co z tym wspólnego ma CZARNA PERŁA i jaka była klątwa - sprawdźcie sami. Warto iść do kina również dla pięknie zagranych scen pojedynków, zdjęć podwodnych oraz dla poprawienia sobie nastroju w październikowy czy listopadowy wieczór.
Korsarz - CD A ci, którym film szczególnie przypadnie do gustu, mogą również zakupić sobie grę komputerową, w której można zostać kapitanem korsarzy. Gra jest oparta na scenariuszu filmu i całkiem nowa - weszła do sprzedaży 11 września. Bardzo dopracowana scenografia: piękne stroje i dbałość o okrętowe szczegóły. Można być piratem, albo prowadzić legalny biznes. Gra pomimo późnej premiery pretenduje do gry roku w kategorii CRPG.
Sugerowana cena: 99,90 zł. Dystrybucja: CDProjekt.
MJ
"Piraci z Karaibów. Klątwa Czarnej Perły", reż. Gore Verbinski. Dystrybucja w Polsce: Forum Film

Dla miłośników szant

Agencja Promocyjna Cumulus wydała płytę "Live Shantymen z zestawem pieśni żeglarskich, adresowaną do szerokiego kręgu odbiorców. Oferta wydawcy zawiera zbiór bardzo znanych utworów, które podane są w nowoczesnej aranżacji i śpiewane czystymi, dobrze ustawionymi głosami. Mamy więc tutaj nie tylko tradycyjne "Morskie opowieści" czy "Rio Grande", ale także sporo nowych stosunkowo utworów, dobrze pasujących do klimatu płyty.
Uwaga, mały konkurs!
Wśród osób, które nadeślą do redakcji na kartce pocztowej lub mailem tytuły pięciu swoich ulubionych szant, rozlosujemy płyty zespołu "Shantymen". Zapraszamy do zabawy! KP
Agencja Promocyjna Cumulus, "Shantymen" Lublin 2003

Gratka dla kolekcjonerów

Oficyna Wydawnicza „Sztych” zaprezentowała zestaw reprodukcji starych map. Prace pochodzą ze zbiorów właścicielki, Ewy Woźniak, której pasja kolekcjonerska zaowocowała wydaniem zestawu 24 map reprodukowanych z XVII- i XVIII-wiecznych oryginałów. Wśród nich jest wiele map marynistycznych, bogato zdobionych ornamentyką morską, charakterystyczną dla ówczesnej kartografii. Prezentowana u nas mapa to reprodukcja mapy z 1617 roku, a wykonanej przez jednego z najbardziej znanych kartografów tamtych lat. Mapa naszego kontynentu prezentuje ówczesne podziały polityczne, jest wzbogacona ponadto o najważniejsze miasta oraz podstawowe elementy topograficzne. Przepiękny kartusz dopełnia reszty, a na marginesach pomieszczono plany najważniejszych miast ówczesnej Europy oraz zaprezentowano najbardziej charakterystyczne stroje regionalne. Na podkreślenie zasługuje wysoka jakość druku; wierne odwzorowanie barw oraz ostrość mapy.
MS
Reprodukcja mapy Europy wydanej przez J. Blaeu'a, wym. 55, 6 x 40, 8 cm. Wyd. Oficyna Sztych, Warszawa 2003.

Felieton nawietrzny

Panienki jechały ochoczo

Jerzy Iwaszkiewicz

W porcie żeglarskim Pilawa w Nieporęcie nad Zalewem Zegrzyńskim można obejrzeć kozę, jest sarenka, gdyby ktoś chciał, to może obejrzeć, jak z bliska wygląda kaczka, a także przejechać się na koniu. Bogdan Ślaziński, który port prowadzi, ma wyraźnego fioła na punkcie zwierząt i wybudował tu jakby małe ZOO. Dzieciaki mają co oglądać.
To w ogóle jest port nie z tej epoki. Przy wejściu nie stoją ochroniarze i nie wyciągają ręki po pieniądze. W Pilawie jest to, co zaczyna się gubić w żeglarskim, coraz bardziej luksusowym życiu, jest atmosfera, nastrój, na rybkę trzeba czekać za długo, ale jest to dobra rybka. Ślaziński ma też hopla na punkcie kamieni i naobstawiał nimi cały port. Ma to swój wygląd, jest domowo, to tu właśnie, a nie w luksusach, żeglarze czują się najlepiej. Warszawski Tydzień Żeglarski, największa chyba impreza żeglarska na śródlądziu, odbywa się właśnie w Pilawie.
W życiu nie ma tak, żeby wszyscy byli zadowoleni, więc Ślaziński ma bez przerwy kłopoty z przedłużaniem dzierżawy. Zatokę ma wydzierżawioną na dłużej, ale tylko do chodnika, bo od chodnika już na krócej. Stary barak był na szczęście od zatoki, więc można było wybudować tu solidne łazienki. Władze miejskie w Nieporęcie z trudem, ale przekonały się chyba wreszcie, że Pilawa to jest miejsce, które żyje, które ma duszę i któremu warto pomagać, bo takich portów jest coraz mniej.
Zalew Zegrzyński został zalany 40 lat temu i jak na razie pozostał po tym jedynie wielki kac. Nie ma ciągle planu zagospodarowania, miejscem najbardziej uczęszczanym jest wysypisko puszek przy szosie, samochód ciągnie do samochodu, Polacy leżą pod samochodami, bo lubią, a nad Zalewem nie mają specjalnie nic atrakcyjnego do wyboru. Żaden port nie powstał w rejonie Ryni, gdzie kiedyś był piękny ośrodek budowlanych, a teraz jest nie wiadomo co, obok blokuje plażę ośrodek wojskowy, wojskowi mają to do siebie, że jak coś dostaną, to uważają, że na wieki. Kiedyś na wyspie zwanej Euzebią naprzeciwko Zegrzynka stało parę domków, panienki jechały tu ochoczo, aby stracić cnotę. Wszystko już potracono, również w Zegrzynku. Dawny dom wycieczkowy PTTK przechodzi z rąk do rąk kolejnych dzierżawców i popada w coraz większą ruinę. To historyczne, piękne miejsce, może naznaczone przez los, bo obok spalił się pałac pisarza Jerzego Szaniawskiego. Zegrzynek mógłby być jednym z najpiękniejszych miejsc nad wodami, gdyby ktoś chciał tu naprawdę zainwestować.

ciąg dalszy w magazynie...

powrót do początku spisu